Gorączka antyjaruzelska

jar SE.jpg
25 maja 2014 roku w Warszawie zmarł gen. armii Wojciech Jaruzelski – ostatni przywódca PRL. „Obóz patriotyczny” rozpoczął przygotowania do tej okoliczności z miesięcznym wyprzedzeniem. 17 kwietnia dr Jerzy Bukowski – uczeń ks. prof. Józefa Tischnera, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych – zażądał zdegradowania generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka do stopnia szeregowca i obniżenia im emerytur.

16 maja – a więc na ponad tydzień przed śmiercią Jaruzelskiego – Bukowski opublikował na portalu „Gościa Niedzielnego” artykuł pt. „Gdzie zostanie pochowany gen. Jaruzelski?”. Tekst ten został opatrzony w nagłówku zdaniem „Nie ma nic zdrożnego w zastanawianiu się nad powyższą kwestią już teraz”. Bukowski zauważył, że Jaruzelski jest na „ostatniej prostej” swojego życia i w związku z tym, że jako „sowiecki namiestnik w Warszawie” realizował on „rację stanu obcego mocarstwa” rodzi się pytanie, gdzie i jak zostanie pochowany. Zdaniem Bukowskiego Jaruzelski nie może być pochowany na Powązkach Wojskowych przy honorowej asyście, ponieważ „pochówek na narodowej nekropolii nie powinien przysługiwać generałom, którzy ten stopień otrzymali w okresie służby w Ludowym Wojsku Polskim, nawet jeżeli zostali w tym czasie odznaczeni Orderem Virtuti Militari”.

Poruszony przez dr. Bukowskiego problem stał się palącą kwestią polityczną – szczególnie dla „obozu patriotycznego” – już dziewięć dni później. Następnego dnia po śmierci generała tabloidy typu „Fakt” czy „Super Express” poinformowały, że zmarł „komunistyczny zbrodniarz” i zastanawiały się czy Bóg mu wybaczy. Zdumienie tabloidów, graniczące z ironią, wzbudził też fakt przyjęcia przez umierającego generała sakramentów świętych. Jeszcze zanim Kancelaria Prezydenta ogłosiła, że Jaruzelski będzie miał państwowy i katolicki pogrzeb na Powązkach Wojskowych w tej sprawie zaczęła zabierać głos cała plejada autorytetów „obozu patriotycznego”. Takich m.in. jak: wspomniany dr Bukowski, Tomasz Sakiewicz, Tomasz P. Terlikowski, Adam Słomka, Filip Frąckowiak (syn Józefa Szaniawskiego), Tadeusz M. Płużański, Jarosław Gowin, wicedyrektor Biura Lustracyjnego IPN dr Piotr Gontarczyk oraz prezes IPN dr Łukasz Kamiński.

Wspólny mianownik tych wypowiedzi o różnym poziomie emocji stanowiła konstatacja, że Jaruzelski był zbrodniarzem i najgorszym zdrajcą w historii Polski. Nie zabrakło nawet porównań do Adolfa Hitlera. Na pytanie gdzie powinien zostać pochowany generał, Tadeusz M. Płużański oświadczył, że „najlepiej, gdyby udało się go wyekspediować na wschód, bo tam jest jego właściwe miejsce” (wPolityce.pl, 26.05.2014). Użytkownicy najbardziej patriotycznego i uważającego się za katolicki portalu niezależna.pl odnośnie pochówku zmarłego przedstawili katalog nie mniej ciekawych propozycji: na cmentarzu żołnierzy radzieckich, w mauzoleum Lenina, w murze kremlowskim, na śmietniku, a nawet padła propozycja wystrzelenia trumny Jaruzelskiego w kosmos.

Na koniec padły zapewnienia, że pogrzebowi Jaruzelskiego będzie towarzyszyć protestacyjna pikieta z transparentami oraz, że manifestacje potępiające Jaruzelskiego, które dotychczas „obóz patriotyczny” urządzał każdego 13 grudnia pod jego domem, będą odtąd organizowane na cmentarzu przy jego grobie. „Zbrodniarz i najgorszy zdrajca w historii Polski” nie zazna zatem spokoju także po śmierci.

Zbrodnie komunizmu a zbrodnie antykomunizmu

Nie chciałbym tutaj wracać do dyskusji czy stan wojenny był konieczny czy nie, czy interwencja radziecka w Polsce przy wsparciu armii NRD i Czechosłowacji była realna w 1981 roku czy nie, czy Jaruzelski uratował Polskę przed interwencją wojsk Układu Warszawskiego lub wojną domową czy nie. To wymaga chłodnej analizy, pozbawionej politycznego i ideologicznego zacietrzewienia, która będzie możliwa najwcześniej za 50 lat.
Pragnę tylko zauważyć, że żadne normalne państwo nie toleruje destabilizacji wewnętrznej i gdyby np. w demokratycznej Wielkiej Brytanii przez 16 miesięcy nieustannie trwały strajki, powodując upadek gospodarki, załamanie eksportu i zaopatrzenia, to tamtejsze władze też musiałyby podjąć działania pacyfikacyjne (obojętnie czy zostałyby nazwane stanem wojennym czy inaczej). Bezwzględna rozprawa wielkiej przyjaciółki „Solidarności” Margaret Thatcher ze strajkiem brytyjskich górników w latach 1984-1985 pokazuje jaki byłby stosunek Żelaznej Damy do „Solidarności”, gdyby miała ją w swoim kraju.

Chciałbym jednak poruszyć zupełnie inne zagadnienie – problem, który nurtuje mnie od dawna i powraca każdego 13 grudnia, gdy widzę telewizyjne relacje z manifestacji i rozrób pod domem Jaruzelskiego. Jak to jest, że ci sami ludzie, którzy potępiają Jaruzelskiego za „100 ofiar stanu wojennego” (w rzeczywistości było ich około 20) oraz za masakrę w grudniu 1970 roku jednocześnie pochwalają zbrodnie junty gen. Augusto Pinocheta w Chile? Dlatego, że Pinochet odwalił kawał „dobrej roboty”, bo posyłał do piachu „czerwonych” (Korwin-Mikke, Rafał A. Ziemkiewicz)? Taka to jest optyka? Problem ten dotyczy także polityki na poziomie międzynarodowym, bo o ile USA i jego europejscy sojusznicy potępili stan wojenny i wprowadzili sankcje przeciw PRL, to żadnych sankcji przeciw juncie Pinocheta nigdy nie wprowadzili. Pinochet bowiem – mówiąc językiem dyplomacji USA – to był ich skurwysyn, natomiast Jaruzelski nie był ich skurwysynem. W obronie Pinocheta występowała pani premier Margaret Thatcher oraz wielu polskich polityków wywodzących się z „Solidarności”, którzy zawsze surowo potępiają Jaruzelskiego.

A przecież stan wojenny i nawet masakra grudniowa 1970 roku to były rzeczy nieporównywalne z tym, co działo się w Chile w latach 1973-1990 i co było gorąco popierane przez USA i ich sojuszników. Według raportu Rettiga, czyli Raportu Narodowej Komisji Prawdy i Pojednania z 1991 roku, w Chile pod rządami Pinocheta zamordowano ponad 3 tys. osób, z czego 957 osób zamordowano skrytobójczo (tzw. desaparecidos). Natomiast według Raportu Valecha, czyli Raportu Narodowej Komisji do Spraw Więźniów Politycznych i Tortur w Chile pod przewodnictwem biskupa Sergio Valecha, ogłoszonego w 2004 roku, reżim Pinocheta aresztował i torturował 27.255 osób.

W katalogu tortur znajdowały się m.in.: bestialskie bicie, wiązanie i wieszanie na hakach, rażenie i przypalanie prądem (tzw. la parrilla – grill), zmuszanie do patrzenia na tortury i egzekucje, pozorowanie egzekucji, zamykanie w karcerze oraz różne rodzaje tortur seksualnych: obnażanie aresztowanych kobiet do nagości, gwałcenie aresztowanych kobiet i zmuszanie aresztowanych rodziców do odbywania stosunków seksualnych ze swoimi dziećmi. Spośród 3399 kobiet zeznających przed Komisją Valecha wszystkie były po aresztowaniu obiektem seksualnej agresji. Oba raporty zostały skrytykowane przez chilijskie związki byłych więźniów politycznych, które uważają, że ofiar śmiertelnych było ok. 15 tys., a aresztowanych i torturowanych ok. 400 tysięcy. Villa Grimaldi, Colonia Dignidad, Pisagua – te nazwy miejsc odosobnienia i kaźni są do dzisiaj złowrogie dla wielu obywateli Chile, ale nic nie mówią polskim wielbicielom Pinocheta, dla których jest on wspaniałym pogromcą komunizmu i ojcem neoliberalnego „cudu gospodarczego”.

Jeszcze bardziej makabrycznie wyglądały wyczyny junty argentyńskiej (1976-1983), również popieranej przez administrację USA. W wyniku jej działań terrorystycznych liczba zamordowanych i desaparecidos sięgnęła ok. 30 tysięcy. Wynalazkiem junty była tzw. pikana – urządzenie do torturowania prądem, bazujące na elektrycznym urządzeniu do poganiania bydła. Szwadrony śmierci porywały ofiary z domów i ulic, a torturowały w setkach miejsc odosobnienia, z których najbardziej ponurą sławą cieszyła się Szkoła Mechaników Marynarki w Buenos Aires. Zwłoki zamordowanych zrzucano z samolotów i helikopterów do oceanu. Dzięki temu zamordowanych oficjalnie nie było. Byli desaparecidos (dosł. zniknięci). W akademickim podręczniku historii – którego jednym z autorów jest krytyk Jaruzelskiego prof. Antoni Dudek – napisano, że przywódca argentyńskiej junty, gen. Jorge Rafael Videla, był politykiem umiarkowanym. Rzeczywiście Videla był umiarkowany, a Jaruzelski był zbrodniarzem.

No i wreszcie Operacja Kondor – wielka kampania terrorystyczna przeprowadzona pod nadzorem CIA w latach 70. XX wieku w Argentynie , Boliwii, Brazylii, Chile, Paragwaju i Urugwaju, a częściowo także w Kolumbii, Peru i Wenezueli, wymierzona w osoby o poglądach lewicowych lub tylko o takowe posądzanych. Według tzw. „archiwów terroru”, odnalezionych w 1992 roku w Paragwaju, w ramach Operacji Kondor szwadrony śmierci zamordowały 50 tys. osób, liczba desaparecidos wyniosła ok. 30 tys. a uwięzionych i torturowanych ok. 400 tysięcy. To są sprawy nieporównywalne nie tylko ze stanem wojennym w Polsce, ale także z jakimikolwiek działaniami represyjnymi w bloku radzieckim po 1956 roku.

Jaruzelski a upadek „realnego socjalizmu”

Polscy fundamentaliści antykomunizmu nie potrafią też zauważyć, że 13 grudnia 1981 roku był początkiem końca „realnego socjalizmu” w sferze gospodarczej. To, że nie potrafią tego zauważyć mnie nie dziwi, ponieważ wedle tego co można przeczytać w „Gazecie Polskiej” w Polsce nadal panuje komunizm, rządzą komunistyczne tajne służby powiązane z Rosją, Polska jest rosyjskim protektoratem, a prezydent Komorowski rosyjskim agentem. Dlatego „obóz patriotyczny” ciągle komunizm obala (jak powiedziała pani Ewa Stankiewicz bodajże w 2011 roku – naszym celem jest „obalenie komuny”), a obecna antyjaruzelska gorączka jest jednym z tego przejawów.

Jednakże ludzie, którzy potrafią oddzielić emocje od myślenia powinni zwrócić uwagę na fakty historyczne. Fakty te zaś są takie, że to nie Balcerowicz, ale Jaruzelski zlikwidował w Polsce gospodarkę planową – fundament stalinowskiej ekonomii, wprowadzony u nas przez Hilarego Minca, który uważał, że plan należy doprowadzić do każdego miejsca pracy. 1 stycznia 1982 roku – pod osłoną stanu wojennego – rozpoczęto reformę gospodarczą, która zachowując państwową własność środków produkcji zakładała likwidację planowania gospodarczego przez wprowadzenie samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw państwowych. Kiedy w drugiej połowie lat 80. pozwoliły na to warunki polityczne (pierestrojka Gorbaczowa) nastąpiło stopniowe odejście od gospodarki socjalistycznej. Reformy Wilczka-Rakowskiego (1 stycznia 1989 roku) oznaczały już jawne przywrócenie kapitalizmu. Spotkałem się z opinią, że gdyby reformy Wilczka-Rakowskiego nie były spóźnione o rok, to Okrągły Stół nie byłby potrzebny, a w Polsce byłby realizowany wariant chiński, a nie neoliberalny.

Oczywiście tym, którzy pamiętają tamte czasy lata 80. kojarzą się głównie z hiperinflacją, niedoborami rynkowymi, reglamentacją żywności i innych dóbr konsumpcyjnych, wielotysięczną emigracją zarobkową. Złożyło się na to wiele przyczyn. Kunktatorstwo samego Jaruzelskiego, który nawet po rozpoczęciu pieriestrojki w ZSRR ostrożnie odchodził od socjalizmu w gospodarce, ale także kryzys gospodarczy w ZSRR i innych krajach bloku oraz sankcje gospodarcze USA i krajów zachodnich. Jako przyczynę kryzysu trzeba też wskazać skutki realizacji postulatów sierpniowych „Solidarności” z 1980 roku, które – jak tym razem trafnie zauważył Korwin-Mikke – były zbiorem ekonomicznych idiotyzmów. Jednakże – co ciekawe – Polska rozwijała się wtedy demograficznie. Największy powojenny wyż demograficzny był właśnie wtedy – na początku lat 80., w okresie stanu wojennego i kryzysu gospodarczego.

Przyczyny gorączki antyjaruzelskiej

Obecna gorączka antyjaruzelska jest fragmentem większej całości, czyli gorączki antykomunistycznej, antysowieckiej i antyrosyjskiej, jaka z różnym nasileniem trwa w Polsce od 1989 roku. Nie stanowi to bynajmniej przypadłości tylko „obozu patriotycznego” vel „niepodległościowego” vel „prawicy”, której prawicowość polega na tym, że miała kompleks niższości wobec Kuronia i Michnika i dlatego musiała ich przelicytować w antykomunizmie. Celem podtrzymania gorączki antykomunistycznej utworzono przecież Instytut Pamięci Narodowej, a w podtrzymywanie jej zaangażowanych jest także wiele mediów, środowisk i instytucji odległych od tego, co się w Polsce nazywa prawicą. Skoro gorączka antykomunistyczna jest nieustannie podtrzymywana od 25 lat i im więcej upływa czasu od upadku ZSRR tym bardziej nasila się w Polsce walka z komunizmem i ZSRR, to znaczy, że jest to komuś i do czegoś potrzebne.

Gorączka antykomunistyczna m.in. pełni rolę listka figowego, którym w bardzo dawnych czasach przykrywano wstydliwą część ciała. Ten listek ma przykryć wielkie fiasko, jakim jest solidarnościowa Polska, występująca pod szyldem III RP, a w latach 2005-2007 IV RP, ogólnie nazywana też wolną Polską. Wbrew temu co twierdzi „Gazeta Polska”, nie jest to Polska post- czy wręcz komunistyczna, ale solidarnościowa, w którą wpisali się nawet spadkobiercy PZPR spod szyldu SLD, przyjmując opcję prozachodnią i proatlantycką. Namacalnym dowodem fiaska solidarnościowej Polski jest wielka emigracja, jakiej nie było ani w stanie wojennym, ani podczas okupacji niemieckiej, ani podczas wielkiego kryzysu gospodarczego, ani przed pierwszą wojną światową, ani po Wiośnie Ludów, ani po powstaniu listopadowym, ani po insurekcji kościuszkowskiej.

Według oficjalnego raportu Departamentu Badań Demograficznych GUS z 2012 roku, w 2011 roku poza granicami Polski przebywało „czasowo” 2 mln 60 tys. jej obywateli. Przeważnie młodych i wykształconych. Z tym wiąże się zaś katastrofa demograficzna na granicy biologicznej zastępowalności pokoleń i katastrofa systemu ubezpieczeń społecznych. Polacy masowo rodzą się w Wielkiej Brytanii, ale jakoś nie rodzą się w wolnej Polsce. Od wolnej Polski ucieka kto może. Od czego ucieka? Od wolności, demokracji, pełnych półek w sklepach i kolorowych reklam? Nie. To jest ucieczka od braku perspektyw na normalne życie w kraju strukturalnego bezrobocia, wynikającego z likwidacji kluczowych gałęzi przemysłu, niskich płac, niskich emerytur, wysokich podatków, pracy (jeśli ktoś ją ma) do 67 roku życia (na razie) bez gwarancji godziwej emerytury, ogromnego długu publicznego, skorumpowanego wymiaru sprawiedliwości i oligarchicznych rządów.

Prawda o wolnej Polsce jest taka, że stanowi ona kraj peryferyjny globalnego kapitalizmu, którego centrum znajduje się na zachodzie Europy i w USA. Peryferyjny to znaczy taki, którego gospodarka ma charakter komplementarny i uzupełniający względem gospodarek metropolii, który jest dostarczycielem taniej siły roboczej, jest pozbawiony kluczowych gałęzi przemysłu oraz stanowi tani rynek zbytu. Ambicją tych, którzy uważają się za elitę „patriotyczną” jest co najwyżej awans Polski z kraju peryferyjnego do półperyferyjnego. Prawda jest taka, że to nie stan wojenny zrujnował Polskę, ale podyktowane z Zachodu „reformy” solidarnościowego rządu Jerzego Buzka. W ich rezultacie zostały stworzone dziesiątki tysięcy stanowisk dla własnej klienteli politycznej w niepotrzebnym trójszczeblowym samorządzie terytorialnym oraz unicestwiony został wielki przemysł, system opieki zdrowotnej, system emerytalny i system oświaty. O ile pod „okupacją sowiecką” otwarto tysiąc szkół na tysiąclecie państwa polskiego, to od reformy Buzka-Handkego zlikwidowano ich tysiące. Prawda jest taka, że „elity” wolnej Polski (także te z „obozu patriotycznego”) nie mają żadnego pomysłu na tę wolną Polskę poza ucieczką na dobrze płatne stanowiska do Brukseli lub zakorzenieniem się na licznych stanowiskach administracyjnych i samorządowych.

Prawda jest też taka, że wielu weteranów „Solidarności” za swoje „cierpienia” w stanie wojennym kazało sobie zapłacić z budżetu państwa, czyli kieszeni współobywateli. Zbigniew Romaszewski dostał 240 tys. złotych, natomiast Adam Słomka nie zadowolił się sumą 270 tys. złotych i zapowiedział odwołanie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Czy gorączka antykomunistyczna, antysowiecka i antyjaruzelska, to nieustanne i coraz bardziej prymitywne demonizowanie PRL, przykryje te prawdy? Może na razie przykryje. Ale nie wiadomo jak za 50 i więcej lat historia oceni Jaruzelskiego i Polskę po 1989 roku. Patrząc na gorączkę antyjaruzelską i antykomunistyczną, na biorących w niej udział ludzi, którzy aspirują do przewodzenia narodowi i państwu, na ich sposób myślenia i na ich zachowania, łatwiej można zrozumieć przyczyny wszystkich klęsk, jakie spadały i spadają na naród polski od połowy XVII wieku.

Bohdan Piętka