Konrad Rękas: Ukraina podzielona na republiki oligarchiczne

kolomojski.jpg

„Po wyeliminowaniu Janukowycza oligarchowie pozostali we własnym gronie. Mogli podzielić się Ukrainą, czego dokonali zupełnie jawnie, otwarcie przyjmując stanowiska gubernatorów, a więc, dokonując czegoś, czego w nowożytnej historii Ukrainy jeszcze nie było. Podzielili de facto ten kraj na republiki oligarchiczne” – mówi Konrad Rękas dla portalu sputnik news.

Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko podpisał dekret o dymisji Ihora Kołomojskiego z funkcji szefa państwowej administracji obwodu dniepropietrowskiego. Czy oznacza to, że klincz Petroszenko-Kołomojski zakończył się nokautem tego ostatniego? Chociaż ma on wpływy i prywatne uzbrojone oddziały.
- Na stwierdzenie, czy doszło do ostatecznego rozstrzygnięcia, trzeba będzie jeszcze poczekać. Media, zwłaszcza w Polsce, pośpieszyły się z konstatacją, że wojna oligarchów zakończyła się jeszcze przed rozpoczęciem.
Ukraina, pod względem ekonomicznym jest państwem de facto upadłym, a pod kątem politycznym z pewnością nie jest krajem zbyt samodzielnym. O decyzjach tej rangi i tej wagi dla przyszłości tego państwa nie decyduje się nad Dnieprem, lecz w zupełnie innych stolicach. Zdecydowanie Petro Poroszenki wskazuje na to, że liczy on na bezwzględne poparcie amerykańskie. W najbliższych dniach dowiemy się, czy w tym swoim przekonaniu nie popełnia błędu.
Należy też pamiętać o tym, że siła Kołomojskiego wynikała nie tylko z zajmowanego przez niego stanowiska. Fakt, że został gubernatorem jest pochodną jego potęgi ekonomicznej i politycznej nie tylko opartej o „Ukrnaft” i „Ukrtransnaft”, ale także o potencjał grupy „Priwat”, o siłę medialną tej formacji, a także potężne wpływy polityczne. Nie jest też tajemnicą, że zdecydowanymi poplecznikami Kołomojskiego są tak wpływowi i nazwijmy to „rozwojowi” politycy na Ukrainie jak Aleksander Turczynow, a zwłaszcza mer Lwowa Andrij Sadowy, który jest traktowany jako przyszły frontman formacji politycznej.

Jeśli decyzja Poroszenki nie doprowadzi do jawnego konfliktu, to i tak możemy się spodziewać kolejnej rundy rozgrywki przy okazji kolejnych kulisów politycznych i wyborów. Musimy też pamiętać o tym, że Kołomojski i jego ludzie za pomocą swoich wpływów, i uzbrojonych oddziałów kontrolują cały pas między Ukrainą a Noworosją, a więc od Odessy po Charków. Jakiekolwiek zakłócenie dotychczasowej równowagi między oligarchami może doprowadzić do wybuchu otwartego konfliktu w strefie, do niedawna jeszcze i może w przyszłości, przyfrontowej.

Warto zauważyć, że w tym konflikcie to Kołomojski prezentuje się jako partia wojny, jako ta formacja, która domaga się jeszcze bardziej zdecydowanych działań wobec Noworosji. Krytykuje on Poroszenkę za niedostateczną konsekwencję, a SBU za rzekomą infiltrację rosyjską. Kołomojski, konsekwentnie, od czasów Euromajdanu stara się przedstawiać jako reprezentant sił nacjonalistycznych na Ukrainie. Trudno się więc spodziewać, aby, w innym przypadku, niż tylko pod bardzo wyraźnym i bezpośrednim naciskiem amerykańskiego hegemona, zdecydował się dobrowolnie oddać swoje wpływy, swoje potężne interesy konkurentowi, słabszemu oligarchowi, jakim do tej pory był Poroszenko.

Jakie siły stoją za zmaganiami obecnych władców Ukrainy? Kto dyryguje zza kulisów tych wydarzeń?
- Możemy się tylko domyślać. Obecne wydarzenia wskazują bardzo wyraźnie na to, o czym obserwatorzy mówili już od ponad półtora roku, czyli od momentu, kiedy Euromajdan pojawił się na ulicach Kijowa. Wówczas wyeliminowano jedenastego na liście najbogatszych Ukraińców i jedynego w tym gronie, nie pasującego do reszty — prezydenta Janukowicza. Po tym oligarchowie pozostali we własnym gronie. Mogli podzielić się Ukrainą, czego dokonali zupełnie jawnie, otwarcie przyjmując stanowiska gubernatorów, a więc, dokonując czegoś, czego w nowożytnej historii Ukrainy jeszcze nie było. Podzielili de facto ten kraj na republiki oligarchiczne.
Musi nastąpić dalsza eliminacja, a więc wojna między oligarchami, zmierzająca do tego, żeby wpływy poszczególnych z nich rozszerzyć na kolejne obwody, a ewentualnie zawalczyć o władzę w całym państwie.

Dniepropietrowsk pod rządami Kołomojskiego jawił się jak taka Katanga, prowincja silnie odróżniająca się od reszty, już całkowicie pozostająca latyfundium magnackim oligarchy. W tym gronie musi nastąpić dalsza eliminacja, a więc wojna między oligarchami, zmierzająca do tego, żeby wpływy poszczególnych z nich rozszerzyć na kolejne obwody, a ewentualnie zawalczyć o władzę w całym państwie. Kołomojski, choćby ze względu na swoje powiązania międzynarodowe, łatwo odnajduje wspólny język z „jastrzębiami” w Waszyngtonie, z tymi, którzy ostatnio podnieśli głowy, zwłaszcza po wystąpieniu premiera Netanjahu w kongresie.

Poroszenko, który sam do niedawna prezentował się jako radykalny przywódca wojenny, ostatnio spuszcza z tonu. To oznacza, że bliżej mu do tych kręgów zachodnich, które zdają sobie sprawę, że bez otwartej wojny, której nie każdy na Zachodzie chce i może sobie na nią pozwolić, konfliktu ukraińskiego w sposób upragniony przez „jastrzębie” rozwiązać się nie da.

Na przykładzie ukraińskim, w ramach tego „laboratorium” obserwujemy ścieranie się zdań dominujących w amerykańskiej, zachodniej polityce. Spór, który się tam toczy, między jedną opcją, aby za wszelką cenę prowadzić do otwartego konfliktu, a drugą, aby ciągle szukać metod politycznych i prowadzić jak do tej pory wojnę hybrydową, wojnę rozproszoną, między Wschodem a Zachodem. Być może właśnie to, czy w konflikcie na Ukrainie wygra Poroszenko czy Kołomojski będzie sygnałem, która opcja ostatecznie na Zachodzie zwyciężyła, a więc czy obecny stan takiej wojny rozproszonej grozi nam eskalacją konfliktu.

sputniknews.com

Dzial: