Id fecit cui prodest

malaysia.jpg
Katastrofa malezyjskiego samolotu pasażerskiego Boeing 777 sprawia, że wchodzimy w kolejny etap konfliktu na Ukrainie. Brak sukcesów oddziałów najemnych wysyłanych przez obecne władze kijowskie i pewne spowszednienie tej wojny, stało się zbyt niebezpieczne dla sił pragnących uzyskać konkretne cele polityczne w tym konflikcie.

Zgodnie z zasadą "is fecit cui prodest" (uczynił ten, któremu przynosi korzyść) jest wysoce prawdopodobnym, że za domniemanym zestrzeleniem liniowca, stoi strona – nazwijmy ją – ukraińska. Czy katalizatorem katastrofy byli sami uzurpatorzy kijowscy, czy ich mocodawcy z Zachodu, tego nie wiemy. Reakcja Zachodu, zwłaszcza USA, mimo wszystko, dość niemrawa (większe groźby pod adresem Rosji padały już wcześniej), wskazuje raczej na tych pierwszych, którym grunt pali się pod nogami i umiędzynarodowienie konfliktu w o wiele mocniejszym stopniu niż do tej pory, poprzez wykorzystanie śmierci niewinnych, przypadkowych osób, leży w ich oczywistym interesie.

Podejrzewanie tzw. separatystów czy zwłaszcza samej Rosji, o zestrzelenie samolotu, to świadectwo politycznej niepoczytalności stawiających takie zarzuty. Jest równie oczywistym, jak korzyść z zestrzelenia dla ekipy kijowskiej, całkowity brak korzyści, a same kłopoty dla tzw. separatystów i Rosji. Moim zdaniem to właśnie w sposób całkowity wyklucza intencję i wykonanie po stronie rosyjskiej. Inna sprawa, że na obecnym etapie i poziomie wiedzy o wypadku, nie możemy wykluczyć w 100% omyłkowego zestrzelenia. Nawet jednak w takim wypadku, pewne okoliczności dotychczas ujawnione, wskazywać by mogły na "omyłkę ukierunkowaną". To Ukraina nie zamknęła przestrzeni powietrznej nad terenem konfliktu, gdzie do tej pory spadały już zestrzelone samoloty i śmigłowce wojskowe, i to Ukraina nie zezwoliła nieszczęsnemu samolotowi lecieć na wyższym pułapie. Tyle można powiedzieć teraz.

Inna sprawa to kontekst światowy tragedii. Nawet jeśli Zachód (USA), co jest, jak wskazałem wyżej, bardzo prawdopodobne, nie był katalizatorem pomysłu zestrzelenia malezyjskiego liniowca, nie oznacza to wcale, że w perspektywie długofalowej nie jest to dla Zachodu korzystne. Na nowo podsycono propagandę antyrosyjską i, bezpośrednio, antyputinowską. To kolejny krok na drodze do nowej zimnej wojny (a może już mamy zimną wojnę, ktoś powie – otóż, na pewno sytuacja wykazuje wiele symptomów takiej wojny, niemniej, jeszcze nie doszło do faktycznego zerwania stosunków i ograniczenia ich do stopy quasi-wojennej), a w jeszcze dalszej perspektywie, do wojny światowej. USA mają przed sobą wielki cel w postaci zdobycia absolutnej dominacji nad światem i wielki problem w postaci bankructwa własnego państwa.

Wojna mogłaby stanowić rozwiązanie tych problemów. Zagrożeniem i przeszkodą w realizacji tych celów jest Rosja i jej aktywność polityczna. Unia Euroazjatycka, porozumienie gazociągowe z Chinami, wreszcie powołanie przez państwa BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA) własnego, niezależnego banku rozwoju, to fundamentalne niebezpieczeństwo dla trwania dominacji Zachodu. Symbolem tych sukcesów politycznych Rosji jest prezydent Władymir Putin. Stąd tak agresywna propaganda łże-mediów świata zachodniego. Celem Zachodu na Ukrainie "na teraz" jest sprowokowanie Rosji do wkroczenia na terytorium Ukrainy.

Tak na tym zależy Zachodowi, że czasem można odnieść wrażenie, że media wręcz wmawiają Rosji konieczność wkroczenia na Ukrainę. Ale Rosja jakoś nie słucha... Jest oczywiście w trudnej sytuacji. Naraża się na oskarżenia i żal rodaków mieszkających na Ukrainie, że robi za mało. Ale wkroczyć nie może. Wkroczenie dałoby tak oczekiwany pretekst Zachodowi do przejścia do bardziej agresywnego etapu konfliktu, czyli np. oficjalnego przerzucenia wojsk Zachodu na Ukrainę. Już teraz sprawa samolotu malezyjskiego jest wykorzystywana do apeli o tego typu działania.

Odpowiedzialność za cały konflikt jak i za jego obecną, niebezpieczną eskalację, ponosi przede wszystkim Zachód z USA na czele. Celem, jak wspomniałem, jest dominacja nad światem. Stąd, zamiast spodziewanego, jakby się mogło wydawać we współczesnym świecie, porozumienia pomiędzy głównymi aktorami polityki światowej w intencji pokoju i współpracy międzynarodowej, mamy realizację planu osaczenia Rosji w intencji jej ostatecznego rozbicia (także w sensie terytorialnym) i sprowadzenia do poziomu obecnych wasali USA, z odebraniem suwerenności politycznej i kontroli faktycznej nad dobrami naturalnymi. Dopóki w Rosji trwała jelcynowska smuta plan ten realizowano bez większego problemu. Pojawienie się na scenie człowieka, czy to się komuś podoba, czy nie, opatrznościowego, w osobie Putina, okazało się, jak na razie, przeszkodą nie do pokonania. Władcy spod znaku Nowego Porządku Światowego wyraźnie tracą cierpliwość...

Gdzie w tym wszystkim Polska? Najprościej byłoby odpowiedzieć, że Polski nie ma. Do tego w istocie sprowadza się to, w jakiej sytuacji znajduje się nasza Ojczyzna. Gdyby nie konieczność walki o antyrosyjską Ukrainę i szczekania na Rosję, istnienie państwa polskiego byłoby zbędne. Jesteśmy w najgorszym tego słowa znaczeniu republiką bananową USA, trzeciorzędnym wasalem o polityce prostej jak konstrukcja cepa.

Nasi rządzący i cała sejmowa klasa polityczna z opozycją na czele, prześcigają się w lizusostwie wobec hegemona zza Atlantyku. Jak tylko wyczują właściwą atmosferę, zaczynają poszczekiwać na Rosję wyraźnie zadowoleni, że za nimi stoi potężny pan. W sprawie Rosji wszyscy mówią jednym głosem. Michnik, Waszczykowski, Kowal, gen. Skrzypczak i inni przedstawiciele ich środowisk mówią to samo – „Zbrodnia Putina” (Michnik), „Ultimatum dla Rosji” (Waszczykowski), „Dosyć pieszczot z Putinem” (Skrzypczak), „Nie dla trwałego rozejmu na Ukrainie” (Kowal). Czy są to ludzie, jak powiedzieliśmy wyżej, jedynie politycznie niepoczytalni? Wydaje się, że to zbyt łagodne określenie dla osób i środowisk wzywających, zresztą nie od dziś, do wojny z Rosją w imię Ukrainy.

To niebezpieczni fantaści polityczni, indolenci niezdolni do prowadzenia polityki państwa i narodu. W komplecie nie zasługują oni nie tylko na głos wyborców, ale i na traktowanie ponad wyrośniętych sztubaków, którzy co prawda krótkie spodenki zamienili na garnitury, ale w kieszeniach wciąż mają kamienie, którymi rzucali za komuny w ZOMO. Ponadto, mamy media, których poziom zakłamania przerasta nawet media zachodnie. Jedynym, który wyłamuje się spośród jednobrzmiącego chóru rusofobów jest Janusz Korwin-Mikke. Z całym szacunkiem dla pana Janusza, to jednak zdecydowanie za mało. Warunkami rozpoczęcia poważnej walki o Polskę są zanegowanie obecnego układu władza-opozycja PO-PiS-PSL-SLD-Palikot oraz budowanie w oparciu o zasadniczą reorientację polityki zagranicznej Polski. To warunki sine qua non, jednocześnie tak naprawdę jedyne, które się liczą. Nie czas na rozdrabnianie się na inne kwestie, na kłótnie w drugorzędnych sprawach.

Adam Śmiech
jednodiowka.pl