Nie można pozwolić, by te zbrodnie pokryła niepamięć!

sambor niewi.jpg
Bardziej trafnego upominku nie mógł mi zrobić mój wieloletni przyjaciel i współpracownik na niwie kultury w strukturach samorządowych województwa mazowieckiego Marian Sołobodowski. Podobnie jak ja, bibliofil i miłośnik wszystkiego co piękne i niezwykłe.

Znając moje kresowe fascynacje Marian wręczył mi skromną książeczkę z żałobną w swoim wyrazie okładką. Zdjęcie okładkowe to typowy obrazek kresowego zapomnianego, zarośniętego cmentarzyska leśnego z kilkoma grubo ciosanymi krzyżami drewnianymi na zapadających się mogiłach. A pod spodem zwięzły jak żołnierski rozkaz tytuł: „Ból Pamięci”.

„Metryczka” tej niepozornej książeczki zawiera dane wydawcy: społeczny komitet pomocy parafii rzymskokatolickiej w Równem na Wołyniu oraz miejsce wydania – Janów Lubelski. Dziś po lekturze tego zbioru wspomnień mogę z przekonaniem powiedzieć, że waga historyczna zawartości książki mogłaby „upominać” się o stołeczność w stopce, bo ranga poruszanych w niej spraw ma ogólnopolskie znaczenie. Na ten bardzo poruszający w swojej wymowie tom, składa się 17 relacji naocznych świadków i kilka wierszy mających bezpośrednie odniesienie do życia i historii Polaków na Kresach Wschodnich aż do spełnienia ich losów w ostatnim tragicznym akcie banderowskiego ludobójstwa.

Tytuły poszczególnych relacji mówią same za siebie: „Dzieci Wołynia krzyczą!”, „Nikt nie domyślił się, co szykowali Polakom ich sąsiedzi Ukraińcy”, „Zagłada Parafii Kąty, Maj 1943”, „Rzeź wołyńską przeżyłem dzięki pomocy ukraińskich sąsiadów”, „Przed rzezią pojawiły się znaki na niebie”, czy też tytuły zawierające dyspozycję moralną i patriotyczną, jak ta: „ Nie można pozwolić by te zbrodnie pokryła niepamięć”, a także: „Trzeba dać świadectwo” oraz „Tego nie da się zapomnieć”.

Jerzy Jeleńkowski pochodzący z powiatu zdołbunowskiego – obecnie wybitny naukowiec wspomina, iż w jego rodzinnych stronach nasilenie banderowskich mordów nastąpiło w Wielkim Tygodniu 1943 roku. Była to w świetle różnych dokumentów i relacji dosyć często stosowana piekielna praktyka oprawców spod znaku OUN-UPA, że rzezie niewinnych Polaków urządzali w okresach ważnych świąt religijnych i państwowych ( np. napaść na wieś Kąty nastąpiła 3 Maja 1943 r.) na wioskę Chiniówkę banderowcy napadli w Zieloną Sobotę (5 czerwca 1942r.) Niemal we wszystkich relacjach obecna jest refleksja, zaskoczenie i zdziwienie metamorfozą jakiej ulegli w tamtych tragicznych latach najbliżsi nawet sąsiedzi – Ukraińcy.

Z prostotą i szczerością Anastazja Paszkowska pochodząca ze wsi Chiniówka (pow. Zdołbunów) wyznaje po latach od rodzinnej tragedii: „Nigdy nawet do głowy mi nie przyszło , że Ukraińcy to jakiś odmienny naród. Wierzyli w tego samego boga, czcili Matkę Boską. Modlili się i żegnali znakiem krzyża. Kto mógłby pomyśleć , że przyjdzie taki czas gdy zmienią się w diabły i będą bez litości i sumienia mordować Polaków?”

W jednej z relacji czytamy: „Nasze koleżanki i koledzy, z którymi dotąd uczyliśmy się, pracowaliśmy i bawiliśmy, stali się nagle jakimiś dziwnymi ludźmi. Gdy ktoś z nas zwrócił się do nich po polsku, odpowiadali że „gęsiej mowy nie rozumieją”.

Grusiewicz z Kolonii Czesnówka k. Swojczowa (obecnie mieszkanka Mrągowa) powiada: „Pragnę dodać, że jako dziecko nie pamiętam żadnych, ale to żadnych złych wspomnień wobec miejscowych Ukraińców. Na ten czas żyliśmy z nimi w największej zgodzie. I wiele razy karmiona przez moją dziecięcą ciekawość, szłam sama do cerkwi, aby zobaczyć jak się modlą i jak pięknie śpiewają. Podobały mi się nawet ich obrazy i religijne śpiewy, jako dziecko nie widziałam nawet, co to uprzedzenia. Przed wojną rodzice nigdy nie mówili źle o Ukraińcach, nikt by na tamten czas nie uwierzył , że będą niedługo tak bestialsko mordować niewinnych Polaków i to na tak masową skalę”.

Jeszcze na krótko przed tragedią ludobójstwa w niektórych wioskach i parafiach życie rodzinne Polaków toczyło się normalnie. Tak opisywała swój ślub Maria Roch z Ludmiłpolu w powiecie Włodzimierz Wołyński. „Na uroczystość zaślubin jechałam z Michałem furmanką. My i nasi goście zdążaliśmy całą kolumną do kościoła. Wszyscy byli pięknie i odświętnie ubrani… w tej radosnej chwili , gdy jechałam tuż obok mojego przyszłego męża, ani przez myśl mi nie przemknęło, że za niecały rok Ukraińcy na tych drogach, będą z siekierami czyhać na nasze życie”.

Jedna z relacji poświęcona jest skutecznej samoobronie w miejscowości Rybcza koło Katerburga w powiecie krzemienieckim. Wśród dowódców tej samoobrony wymienia się Jana Niewińskiego, obecnie pułkownika, przewodniczącego Kresowego Ruchu Patriotycznego, niezłomnego bojownika o prawdę o banderowskim ludobójstwie. Płk Jan Niewiński nieustannie stara się o godne uczczenie pamięci ofiar kresowej apokalipsy. Stosowny pomnik autorstwa znakomitego artysty-rzeźbiarza prof. Mariana Koniecznego stał się swoistym testamentem płk Jana Niewińskiego. Jego konsekwencja i upór w dążeniu do tego celu czyni z niego często personę non grata w salonach prominentów rządowych a także w niektórych kręgach towarzyskich hołdującym pryncypiom poprawności politycznej.

To w atmosferze tejże poprawności prawda jest uciążliwością, nietaktem, a czasem wręcz jest aktem rewolucyjnym. Dla mnie płk Jan Niewiński jest Autentycznym Herosem Kresowym. Jednym z ostatnich, a może w ogóle ostatnim. W obcowaniu z nim najczęściej mam świadomość jego wielkości i znaczenia historycznego. Ale tej prawdziwej historii, nie zakłamanej i nie podporządkowanej koniunkturze politycznej, w której można zmieniać rolę kata i ofiary jeśli służy to strategicznym celom tzw. polityki wschodniej naszego państwa. Polityki niewiadomo gdzie i przez kogo formułowanej i programowanej. Ściskając prawicę płk Jana Niewińskiego dobrze wiem, że witam się lub żegnam z człowiekiem, który jest niedoceniany w naszym życiu publicznym, a przecież zasługuje ona na najwyższy szacunek i uznanie. Grad odznaczeń, nagród, zaszczytów, awansów nie spada na jego szlachetną postać. Pierś do orderów wypinają często ci, który nie mają nawet cząstki tych zasług jakie ma były obrońca Rybczy.

Nieraz bywam świadkiem dziękczynienia pod adresem płk Jana Niewińskiego ze strony osób, którym on uratował życie. Uczestnicząc w pracach różnych gremiów społecznych często w zapale dyskusji podejmuję ostrą polemikę merytoryczną z bohaterem samoobrony ziemi krzemienieckiej. Kiedy sobie uświadamiam z kim się spieram, nawiedza mnie poczucie niemal grzechu świętokradztwa i pychy. W ramach pokuty deklaruję płk. Janowi Niewińskiemu ofiarność w naszych wspólnych działaniach.
W tych do bólu szczerych relacjach z dni grozy i łez nie brak tez przykładów zwykłej ludzkiej przyzwoitości i solidaryzmu w nieszczęściu ze strony Ukraińców. O dobrej Ukraince, która na pewien czas przygarnęła polskie dzieci, wspomina Kazimiera Kowalczyk, a biskup Jan Bagiński mówi wprost: „Przeżyłem dzięki pomocy ukraińskich sąsiadów”. Z innych źródeł, dokumentów i książek wiemy, że przykładów szlachetnej postawy Ukraińców wobec prześladowanych Polaków, było wiele. Wiadomo było też ,że „karą” wymierzaną przez banderowców za zdradę narodu ukraińskiego czyli pomoc polskim sąsiadom była równie okrutna śmierć.

Dlatego kolejny raz postuluję, by czyniąc starania o postawienie pomnika ofiar banderowskiego ludobójstwa w Warszawie, podjąć również inicjatywę godnego upamiętnienia tych Ukraińców, którzy oddali życie za Polaków. Mógłby to być stosowny obelisk w prestiżowym miejscu w Warszawie i innych miejscowościach, gdzie mieszkają Kresowianie, którzy znają dramatyczne sytuacje z opowiadań swoich przodków. Dobrym pomysłem jest też idea wybicia medalu przyznawanego Ukraińcom za konkretne czyny ratujące polaków.

Niezależnie od tego pomysłodawcy i twórcy projektu pomnika polskich ofiar banderowskiego ludobójstwa, któremu od kilku lat w Warszawie rzuca się kłody pod nogi na drodze do jego realizacji, przewidują elementy i symbole upamiętniające także przedstawicieli innych narodowości (Ukraińców, Żydów, Rosjan, Ormian, Czechów) pomordowanych przez siepaczy z OUN- UPA.
Samo wydanie tej książki jest pięknym wyrazem postulatu, za który można uznać tytuł jednej z relacji. Jej autorka Leokadia Pawłowicz z Mohylna w powiecie Włodzimierz Wołyński, sformułowała go tak: „Nie można pozwolić, by te zbrodnie pokryła niepamięć”. I sędziwa już dziś Wołynianka dobitnie podkreśla: „To nasz obowiązek rodzinny i państwowy”. Osobiście z dużą satysfakcją odnotowuję iż ten obowiązek w wymiarze rodzinnym, jest co raz lepiej i skuteczniej realizowany. Nieco więcej w tej mierze oczekuje się od aktywności państwa i jego agend rządowych.

Puentą tego zbioru osobistych relacji naocznych świadków kresowego ludobójstwa niech będzie takie oto wyznanie: „Wyrządzono nam Polakom wielka krzywdę. Zabrano ziemię i cały dorobek gromadzony z dziada pradziada. Zatarto nawet ślady, że mieszkali tam Polacy. Ileż tam zostało studni zapełnionych polskimi dziećmi, ile kości pomordowanych ludzi tylko dlatego, że byli Polakami. A przecież tam była Polska- przed zaborami i po zaborach!” (A. Paszkowska s.41)

I konstatując rzeczywistość dnia dzisiejszego autorka tej relacji z goryczą wypowiada taką opinię: „Obecnie Polacy litują się, pomagają Ukraińcom, a w podzięce za to, nowe pokolenie banderowców wyciera sobie buty polską flagą i depcze groby. Nie mówię, że wszyscy Ukraińcy to diabły, bo byli wśród nich także ludzie uczciwi, którzy mordować nie chcieli, ale wielu z nich do tego zmuszano, albo także mordowano „za zdradę, za sprzyjanie Polakom””.

Jeśli pokusić się o znalezienie wspólnego mianownika dla tych wszystkich relacji zawartych w omawianej książce to z całym przekonaniem będzie nim to, że jest to książka o śmierci, dokładniej o zabijaniu w okrutny i wyrafinowany sposób. O zadawaniu śmierci przez tych, których o taką skłonność nie podejrzewano. Jest to także książka o wariantach zgodnego współżycia różnych narodowości do czasu kiedy jedna z nich nie została zatruta ideologią nienawiści D. Doncowa i rezolucjami OUN-UPA. Książka zawiera też przesłanie, iż człowieczeństwo może przejawiać się w sposób ukryty nawet w ekstremalnych warunkach o czym świadczyły czyny szlachetnych Ukraińców.

I co moim zdaniem najważniejsze, to ogromny potencjał przebaczenia jaki zaprezentowali autorzy poszczególnych relacji. Słowa „Przebaczam Ukraińcom” wypowiadają ci, którzy z codziennego, realnego punktu widzenia powinni być kłębkiem nienawiści, chęci zemsty i rewanżu. W rzeczywistości będąc istotami ziemskimi wznieśli się na poziom niebiańskiego przebaczenia i chrześcijańskiego systemu wartości. Wznieśli się na szczyt piramidy tychże wartości. Chwała im za to. A dla nas wzór do naśladowania i powód do dumy, że nas Polaków stać jeszcze na takie postawy.

dr Tadeusz Samborski
Na zdjęciu: autor i płk Jan Niewiński
Myśl Polska, nr 27-28 (6-13.07.2014)