Franciszek Ernest Giertych (2)

GróbGiertych-3.jpg
W 1912 roku na VI Zjeździe Techników Polskich w Krakowie Franciszek Giertych wygłosił odczyt pt.: „O wychowaniu terminatorów w fabrykach maszyn”, który wzbudził burzliwą dyskusję. Efektem wystąpienia Giertycha, a następnie dyskusji była uchwała Zjazdu, w której polecono Stałej Delegacji Mechaników Polskich opracowanie wskazówek dot. wychowywania terminatorów w fabrykach maszyn.

W swoim referacie opierał się głównie na swoich doświadczeniach i mówił: „Obecnie bardziej, niż dawnej, potrzebujemy rzemieślników inteligentnych, rozważnych, oddanych zakładowi, w którym pracują, i swój zawód miłujących. (…) nowe sposoby fabrykacyi, organizując zarazem nowocześnie wszystkie gałęzie gospodarki warsztatowej i biurowej, potrzebujemy bardziej niż dawnej, pracowników rozgarniętych i sprawnych, a ogólnie rzecz biorąc, materyał robotniczy, jakim rozporządzamy (…) jest bardzo surowy, i wprowadzewnie nowych sposobów fabrykacyi natrafia w tym właśnie na przeszkody, o których usunięciu winniśmy pomyśleć”.

Uważał, że kandydat na terminatora winien mieć 14 lat (według ówczesnego prawodawstwa pracę fizyczną mógł podjąć 16-to latek), winien mieć ukończony kurs szkoły początkowej lub przynajmniej umieć czytać, pisać za dyktandem oraz znać cztery działania arytmetyczne. Stanowczo odradzał przyjmowania analfabetów. Z rodzicami natomiast miały być koniecznie spisywane umowy, które miały nie tylko na celu unormowanie pracy takich młodych ludzi, ale również zabezpieczenie pracodawcy przed przejściem takiego ucznia po ukończeniu 16-tego roku życia do pracy fizycznej, która była w tym czasie dwukrotnie lepiej płacona niż praca terminatora podczas nauki. Wzywał obradujących do stworzenia wspólnego programu takiego „terminowania”.

Dla przykładu: przez pierwsze dwa lata nauki chłopcy przechodzili przez wszystkie działy i poznawali tajniki wszystkich „metalowych” zawodów, a dopiero w trzecim roku zaczęli specjalizować się w wybranym przez siebie zawodzie. Podnosił również, że w takich zawodowych szkołach oprócz przedmiotów ogólnorozwojowych, powinno się przykładać większą wagę do nauki: ”(...) szkicowania ręcznego, arytmetyki do równań włącznie, obchodzenia się z tabelkami: obwodów kół, powierzchni, wag materyałów, używanych w fabrykach maszyn, umiejętności pisania zwięzłych, rzeczowych sprawozdań i listów, wreszcie na opisy maszyn, przyrządów, narzędzi itp”.

Uważał, że edukacja powinna być prowadzona niemal bez przerwy, a w czasie wolnym od zajęć i w wakacje pracę pedagogiczną powinni prowadzić starsi pracownicy fabryki i prowadzić zajęcia takie jak: „gra w piłkę, muzyka zbiorowa, przedstawienia amatorskie, w niedzielę wycieczki krajoznawcze, zwiedzanie fabryk (…) dostarczą dosyć tematu aby zająć chłopców”. Marzyło mu się powołanie wspólnej organizacji dot. edukacji zawodowej skupiającej wszystkich fabrykantów, w imieniu której na końcu nauki wręczane byłoby świadectwo zawodowe poświadczone przez nią. Niewątpliwie był prekursorem nowoczesnej edukacji zawodowej.

Janina Giertych tak wspomina ten okres w ich wspólnym życiu: „Franek mój bardzo podniósł poziom fabryki, rozszerzył produkcję, (…) wzmogła się zamożność robotników, w ogóle był to okres najintensywniejszej pracy i zapału w życiu Franka, przez 8 lat mieszkania w Porębie żył fabryką, kochał ją i potrafił w niej przebywać do 11-ej w nocy. Mieszkaliśmy tam w dużym dworze, jedno piętrowym o 14 pokojach umeblowanych częściowo naszemi meblami dla naszej chęci, bo umeblowanie tam było ze starych antyków. Dom ten był otoczony parkiem, ogrodem, leżał przy samym stawie, na który był śliczny widok ze stołowego pokoju z balkonem (…) Dzieciom było dobrze w Porębie, mieli kucyka, towarzystwo dzieci z folwarku, w zimie ślizgawkę na stawie. Raj to był zatem”.

Był to szczęśliwy okres w życiu rodziny. Franciszek uwielbiający podróże próbował zarazić tą pasją całą swoją familię. Zabierał żonę i dzieci w swoje biznesowe podróże do Wenecji, Mediolanu, Drezna, Paryża i Berlina. Czymś naturalnym były wyjazdy na zakupy do Katowic czy Krakowa. Natomiast z podróży do Warszawy przywoził kwiaty, cebulki czy nasiona. Hodowla kwiatów była jego hobby, które „odziedziczył” po swojej matce. Botaniką w młodości interesował się również Jędrzej Giertych, a wnuk Maciej Giertych jest dendrologiem. Warto też wspomnieć o wydarzeniu, które już wielokrotnie było opisywane tzn. o bandyckim napadzie bojówki Polskiej Partii Socjalistycznej na fabrykę w Porębie i zrabowaniu pieniędzy przeznaczonych na wypłaty dla robotników. Poniżej przytaczam niepublikowaną dotąd relację Janiny Giertych z tych smutnych wydarzeń, ukazujący jednocześnie odwagę Franciszka:

„W którymś roku, nie pamiętam, dzieci były jeszcze młodsze, Jędrzejek chorował na odrę, leżał w łóżeczku, napadli na kasę fabryczną bandyci socjaliści o 8 rano w dniu wypłaty, sterroryzowali kasjera, urzędników i zabrali 10000 tys. rubli. Szczęśliwie bawili u nas właściciele akcjonariusze z Wrocławia i dwaj przedstawiciele, inżynierowie z Warszawy, jedli śniadanie z Frankiem, który właśnie przed najściem bandytów wrócił z fabryki do domu. Naraz wpadł portier z wiadomością, że bandyci w kasie. Nikt z mężczyzn się nie ruszył, a Franek złapał jakiś swój mały rewolwerek i naprzeciw wychodzących bandytów, drabów z mauzerami i browningami! Rozpoczęła się strzelanina, oni do Franka, Franek naprzeciw ze swoją „muchą” do nich – kule tylko gwizdały – cud, że Franek ocalał, szedł tyłem i strzelał, strzelał, aż się skrył za jakiś parkan, w który walili dosłownie jak rodzynkami, gdy minęli, gonił ich strzelając, podobno ranił któregoś, bo krwawił, niestety uszli w las bezkarnie. Po paru tygodniach w gazecie socjalistycznej ukazało się pokwitowanie na zdobytą w Porębie sumę na cele „partyjne”, a potem się zawsze socjaliści wypierali tego, że napadali na majątki prywatne, dowodząc, że napadają na dobro państwowe. (…) Przez ten czas chory Jędrek miotał się po łóżeczku z drewnianą strzelbą wołając: „ach czemuż jestem chory wszystkich bym pozabijał, wszystkich!”.

Mimo bardzo dobrych warunków finansowych i bytowych. Franciszek Giertych postanawia zmienić pracę, zapewne aby przyspieszyć spłatę długów. Znajduje zatrudnienie jako asystent dyrektora do spraw handlowych i administracyjnych w nowo wybudowanej stoczni w Rewlu czyli obecnym Tallinie. Kontrakt obowiązywał od 13 maja 1914 roku został podpisany na trzy lata do 14 maja 1917 roku i opiewał na bajońską sumę 18 000 tys. rubli rocznie. Było to kilka razy więcej niż w Porębie, gdzie zarabiał 500 rubli na rok. Do tego otrzymał mieszkanie z centralnym ogrzewaniem i oświetleniem oraz samochód służbowy do dyspozycji. Zakłady te powstały w wyniku uchwały Dumy z 12 czerwca 1912 roku, która wyrażała zgodę na utworzenie spółki z francuskim kapitałem. Spółkę stworzył francuski koncern zbrojeniowy Schneider-Creusot i Bank Rosyjsko-Azjatycki. Czołowe role odgrywali w nim rosyjscy wojskowi. Dyrektorem był Gawryłow, a asystentem do spraw technicznych komandor Kisliakow. Franciszek pisał:

„Zorganizowałem administrację i handlowość, pod moim kierownictwem zbudowano około 100 domów mieszkalnych i łaźnię, pozakładano drogi, kanalizację, z mojej inicjatywy i pod moim kierownictwem został zbudowany tramwaj z trakcją parową (...)”.Trudno jest mi zweryfikować słowa F. Giertycha, tym bardziej, że duża część akt stoczni z tego okresu zaginęła w czasie rewolucyjnej zawieruchy. Faktem jest że uprawnienia jakie posiadał, umożliwiały mu podjęcie takich inwestycji tym bardziej że według podpisanego kontraktu był również zastępcą dyrektora stoczni.

Syn Jędrzej Giertych twierdził, że Gawriłow był tylko dyrektorem tytularnym, prawdziwym zarządcą stoczni był właśnie jego ojciec. Potwierdzać to może konflikt kompetencyjny jaki pojawił się między Gawriłowem, a Giertychem. Chodziło m.in. o to, że Giertych o swoich poczynaniach raportował bezpośrednio do Zarządu w Petersburgu, na co nie zgadzał się Gawriłow twierdząc, że ten pierwszy powinien czynić to składając raporty właśnie jemu. Wydawałoby się to naturalne, ale to Giertychowi Zarząd przyznał rację, co może rzeczywiście świadczyć o prawdziwości słów Jędrzeja. Tym bardziej, że w jednym z pism do Zarządu tuż przed zakończeniem trzyletniego kontraktu Polaka Gawriłow mimo konfliktu pisał, że Giertych jest niezbędny dla funkcjonowania stoczni. Jędrzej Giertych dodaje, że gdy wybuchła I Wojna Światowa, jego ojciec spolszczył personel zatrudniając pięciuset Polaków, głównie uchodźców z terenów objętych walkami. Warto również zauważyć, że wspierał również dążenia niepodległościowe Estończyków.

Mimo wojny rodzina starała się żyć tak jakby wojny nie było Wakacje 1916 roku spędzili w majątku Giertychów na Ukrainie pod Kijowem, gdzie spotkali się z falą polskich uchodźców z Warszawy i Lwowa. Rok 1917 nie był już taki spokojny. 15 marca w wyniku nadchodzących wiadomości z Petersburga o tzw. rewolucji lutowej doszło do strajku we wszystkich zakładach w Tallinie. Do strajkujących przyłączyli się żołnierze ze stacjonujących w mieście pułków Donbaskiego i Donieckiego. Niestety tutaj po raz kolejny Giertychowie doświadczyli czerwonego terroru. Demonstranci opanowali miasto i stocznie aresztując jej dyrekcję w tym Franciszka Giertycha. „Noc poprzedzająca aresztowanie była tragiczna, wybuchnęły jakieś naftowe zbiorniki i dyrekcję całą chcieli ci kronsztadzcy marynarze rzucić w ogień” – wspomina Janina Giertych.

W rzeczywistości marynarze stacjonujący w porcie w Tallinie zachowali dyscyplinę i to oni przywracali porządek w mieście. Franciszek został zwolniony z aresztu po trzech dniach. Zbliżający się front i oraz pierwsze rewolucyjne doświadczenia oraz kończący się kontrakt wymusił kolejną przeprowadzkę. Początkowo Franciszek chciał przedłużyć kontrakt, jednak za namową żony, która uważała, że w większym mieście będzie bezpieczniej, zrezygnował z pracy w stoczni. Tym razem rodzina trafił do Petersburga, gdzie Franciszek w siedzibie Zarządu zajmował się sprawami zakładów metalowych podlegających Towarzystwu znajdujących się w Doniecku na Ukrainie.

Rok 1918, dawał coraz większą nadzieję na odzyskanie niepodległości przez Polskę. 10 maja 1918 roku w Petersburgu, wygłosił odczyt w Petersburskim oddziale Stowarzyszenia Techników Polaków w Rosji pt.: „O możliwościach, zadaniach i organizacji drobnego przemysłu w Polsce”. Uważał, że z racji tego, że wielki przemysł na terenach dawnej Polski znajdował się w rękach obcego kapitału należy popierać rozwój drobnego przemysłu, niemal rzemieślniczego, celem czego miało być samowystarczalność przyszłej niepodległej Polski.

„Gdy nas tu polskich techników posłuchać, to wszyscy tylko mówią o wielkim przemyśle w Polsce – i nic dziwnego, bo my tu wszyscy, albo prawie wszyscy jesteśmy albo przedstawicielami wielkiego przemysłu, albo pracujemy w wielkim przemyśle, albo też nie mamy pojęcia co to jest przemysł polski. Bo też innego przemysłu jak wielki w Rosji prawie nie było, i taką miarką przemysł polski, na niewidzianego, mierzymy. Pozwolił bym sobie na twierdzenie, że w Polsce przemysłu wielkiego nie ma, a ten co jest nie jest polski. Taki przemysł jednak kraj zubaża, a bogaci tylko wielkich posiadaczy akcji za granicą, bogaci kierowników, którzy w większej części nie są Polakami, a daje lichy zarobek polskiemu robotnikowi i takim pracownikom jak my. Nie taki przemysł Polskę wzbogacić może, tylko przemysł drobny i średni, oparty na polskim techniku, na polskim kupcu i polskim robotniku”.

Bolszewicy opanowali Petersburg, a wojna domowa w Rosji zataczała coraz większe kręgi: „Potem niebezpieczny wyjazd z Petresburga, chcieli nas wywieźć na granicy Torszyno do lasu i zamordować”.
Z początkiem czerwca 1918 roku rodzina, przez Wilno i Warszawę, trafiła do Kielc. Franciszek zaś pojechał do Doniecka w tym czasie pod okupacją austriacko-niemiecką, aby tam na miejscu zarządzać zakładami metalowymi Towarzystwa. 20 listopada 1918 roku do Doniecka wkroczyły wojska bolszewickie. Wraz z wycofującymi się z wojskami niemieckimi powrócił już do niepodległej Polski do Kielc, do których dotarł 23 grudnia 1918 roku. W styczniu 1919 wraz z rodziną zamieszkał w Warszawie, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią i łazienką przy ulicy Siennej 20. Był to ciężki czas dla całej rodziny, brak środków do życia (rodzina straciła wszystkie swoje oszczędności i majątek w Rosji w Petersburgu, które zostały zrabowane przez bolszewików), zmuszał Franciszka do imania się różnych posad m.in. objął posadę urzędnika w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, ale nie przestał myśleć również o założeniu własnej fabryki . W tym czasie opracował wstępny projekt fabryki wagonów w Ostrowcu Świętokrzyskim, ale również sporządził projekt Towarzystwa Dorożek Samochodowych w Warszawie. Niestety projekt upadł ze względu na brak kapitału.

W 1921 roku ponownie objął posadę dyrektora w zakładach metalowych w Porębie i Krajowej Centrali Handlowej, których w tym czasie właścicielami było Stowarzyszenie Mechaników Polskich w Ameryce. Szybko jednak zrezygnował z tej posady ze względu na różnice poglądów, ze zdominowanym przez socjalistów zarządem Stowarzyszenie. Tym bardziej, że w tym samym czasie założył w Warszawie Wytwórnie Kół Zębatych jako spółka akcyjna. W wyniku nie dotrzymania umowy dokapitalizowania spółki przez Stowarzyszenie, musiała ona zostać zlikwidowana. Wszystkie te zajęcia nie dawały mu jednak stałego zatrudnienia, w związku z tym za namową swojego szwagra Franciszka Pędowskiego, adwokata, przeniósł się po raz kolejny do Kielc. Bo właśnie w Kielcach miała powstać najnowocześniejsza w regionie fabryka naczyń emaliowanych.

Spółka Akcyjna „Kielecka Odlewnia” została utworzona przez przekształcenie Spółki Kupców Ziemi Kieleckiej. Kielecka Odlewnia S.A. posiadała kapitał 20 milionów marek podzielony na 1000 akcji. Fabryka zaś powstała na gruzach spalonej dziewiętnastowiecznej huty szkła Leonów przy ulicy Młynarskiej (obecnie Mielczarskiego). Dyrektorem został Franciszek Giertych, a jego zastępcą J. Gabrysiewicz. Pracami projektowymi oraz budową nowych i remontem starych hal produkcyjnych i ich wyposażeniem kierował właśnie Franciszek Giertych. Fabrykę otworzono uroczyście 7 października 1922 roku. W jej otwarciu uczestniczyli m. in. biskup ordynariusz diecezji kieleckiej ks. Augustyn Łosiński, komendant okręgu Policji Państwowej Barwicz, dyrektor Izby Skarbowej Dębicki, prezes fabryki superfosfatów w Kielcach Cichowski, red. „Gazety Kieleckiej” Edmund Massalski. Odlewnia początkowo zatrudniała ok. 100 robotników, w większości spoza Kielc, co bardzo niepokoiło jej władze. Franciszek, uważał bowiem, że jest to element nie stały, który dąży tylko do wyzyskania fabryki i nic ich z zakładem pracy nie wiąże.

Lekarstwem na to miały być tzw. kooperatywy mieszkaniowe, pisał: „Odlewnia powinna więc dążyć do tego, aby w najszybszym tempie utworzyć kooperatywę mieszkaniową i osadzić dobranych starannie robotników w własnych domach. Gdy to będzie dokonane, będziemy mogli sobie dopiero powiedzieć, że fabrykę postawiliśmy sobie na takim fundamencie, który przetrwa wszystkie burze”. Niestety fundamenty okazały się zbyt słabe, a raczej konkurencja zbyt silna i liczna (aż 7 zakładów w regionie zajmowało się produkcją naczyń emaliowanych) i zakład musiał redukować zatrudnienie. W listopadzie 1924 roku Kielecka Odlewnia zatrudniała już tylko pięciu pracowników, a w 1925 roku została przejęta przez Spółkę Akcyjną Przemysł Metalowy „Granat”.

Fiaskiem zakończyła się również kolejna inicjatywa niezmordowanego przedsiębiorcy tj. Spółka Akcyjna Kielecka Elektrownia, Tramwaje, Wodociągi i Kanalizacje w Kielcach. Najwyraźniej nowa rzeczywistość gospodarcza zrujnowanego wojnami młodego państwa polskiego przerosła wybitnego administratora i organizatora przemysłu. Zajął się działalnością w branżowych stowarzyszeniach gospodarczych oraz publicystyką. Jeszcze zaś w roku 1923 sformułował swój pogląd na kwestie robotnicze, równie bliskie ekonomi klasycznej:

„Jak to wiedzą robotnicy w Porębie, których pewna niewielka część pracuje także w Kieleckiej Odlewni, byłem zawsze przeciwny robocie, tzw. socjalistycznej, którą u nas prowadziła PPS od roku 1904, dezorganizując często rozwój przemysłu dla celów czysto politycznych, nie mających nic wspólnego ani z poprawą bytu, ani z kulturą robotnika polskiego. Niemniej wrażliwy byłem zawsze na kwestie socjalne, dotyczące robotnika i starałem się je zawsze w korzystny dla robotnika sposób rozwiązywać. Dowodem tego, są powstałe w Porębie (…) mieszkania zupełnie kulturalne, tak dla robotników, jak i dla urzędników, warsztaty pracy widne, przewiewne i czyste, higieniczne urządzenia w fabryce, szkoły, ochronki i kursy wieczorowe, dobre obchodzenie się z robotnikami personelu nadzorczego, tępienie pijaństwa i chamstwa”. Niestety nie udało mi się ustalić czy i gdzie pracował w latach 30-tych, poza tym, że 18 grudnia 1936 roku został członkiem założycielem Stowarzyszenia Odlewników Polskich. Prof. Maciej Giertych pytany o ten okres w życiu swojego dziadka stwierdził: „Niestety nie wiele mogę pomóc. Wiem, że dziadek stale zakładał fabryki metalurgiczne (produkcja przedmiotów metalowych), coraz to bankrutował i zakładał od nowa”.

Zmarł w Warszawie 30 stycznia 1938 roku, został pochowany na Powązkach. Mimo kwerendy w branżowych pismach gospodarczych, w których pisywał swoje artykuły, nie znalazłem informacji o jego śmierci. Wydaje się to dziwne, tym bardziej, że poszczególne numery tych pism zawierają wspomnienia inżynierów o wiele mniejszym dorobku. Niestety okres sanacyjnej Polski, charakteryzował się tym, że ważniejsze od dokonań, były poglądy polityczne.

„Okres kielecki” rodziny Giertychów był nie tylko ważny dla samego Franciszka, ale również dla Jędrzeja i to właśnie w kieleckim środowisku narodowców należy upatrywać korzeni jego politycznych zapatrywań i późniejszej kariery. Dwukrotnie Jędrzej uczęszczał do Szkoły Handlowej w Kielcach, której współzałożycielem był polityk narodowy, wiceminister czy rektor Warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej Bronisław Markowski. Łacinę w tej szkole wykładał poseł Stronnictwa Narodowego Antoni Sobczyński. Kamienica Albrechtów mieściła się dosłownie kilka kroków od pałacyku Wiktora Jarońskiego, którego kampanie wyborcze do Dumy, miały być współfinansowane przez Franciszka. Warto pamiętać również o tym, że Jędrzej Giertych wspominał o edukacyjnych opowieściach jego babci, Marii Albrecht z domu Saskiej, pochodzącej ze znanej kieleckiej rodziny związanej również z narodowcami.

Rodzina od strony matki, miała również zapewne wpływ na rozwój prawniczych zainteresowań Jędrzeja, bo oni opiekowali się nim kiedy spędzał w Kielcach wakacje czy uczęszczał do kieleckiej szkoły. Mężem Walenty Saskiej (siostra teściowej Franciszka) był Mieczysław Koczanowicz, wybitny teoretyk prawa i sędzia Sądu Najwyższego do 1922 r. Szwagrem Franciszka ułatwiający mu interesy był Franciszek Pędowski później wykładowca Szkoły Głównej Handlowej i sędzia Najwyższego Trybunału Administracyjnego.

Piotr Bąblewski
Myśl Polska, nr 33-34 (14.08-21.08.2016)

Dzial: