Trzy tygodnie w Gruzji (1)

twierdza Anauri 10 VII.JPG
Dobrych kilka lat temu Gruzja zrobiła się w Polsce niezwykle popularna. Stało się tak przede wszystkim za sprawą śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, któremu udało się przekonać sporą część Polaków, że istnieje coś takiego, jak wyjątkowo silna, serdeczna przyjaźń polsko-gruzińska.

Ten emocjonalny stosunek wywodził się oczywiście z przekonania, że Rosja – to wspólny wróg obydwu krajów, które od XIX wieku łączy tradycja romantycznych walk i zrywów niepodległościowych przeciwko wielkiemu i zaborczemu tyranowi. I podobnie, jak w przypadku mitu o strategicznym partnerstwie polsko-ukraińskim, wiara w tą wyimaginowaną przyjaźń polsko-gruzińską nie miała zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Owszem, Gruzini pozytywnie reagują, gdy słyszą polski język lub widzą polskie barwy – ale tak samo pozytywnie reagują przecież ludzie i w Rosji, i na Białorusi, i na sporych obszarach Ukrainy.

Mimo wszystko fascynacja Gruzją, jej kulturą, historią, kuchnią, tradycją i gruzińskimi krajobrazami trwała nad Wisłą przez szereg lat. W niezliczonych reportażach, książkach podróżniczych i artykułach można było przeczytać, jak to serdecznie witani są w Gruzji Polacy, jak bardzo Gruzini kochają Lecha Kaczyńskiego, i jak silne są więzi łączące oba narody. Niecały miesiąc spędzony w Gruzji pozwolił zweryfikować te mity: z jednej strony – potwierdzić pełne zachwytu opinie o gruzińskich krajobrazach, kulturze tego zakaukaskiego narodu i jego tożsamości, a z drugiej – obalić tezę o wyjątkowych, bezinteresownych i serdecznych uczuciach żywionych przez Gruzinów wobec Polaków.

Niecałe 4 godziny drogi

Mity i stereotypy są odporne na wiedzę. Nawet w XXI wieku, w epoce Internetu i niemalże nieograniczonego dostępu do informacji. Co przeciętny Polak wie o Gruzji? Może kojarzy mu się ona właśnie z XIX-wiecznymi dążeniami niepodległościowymi dumnych i niezależnych górali kaukaskich? A może z gruzińską kuchnią, czerwonym winem i góralskim folklorem? W najlepszym razie – skojarzy on szumnego medialnie prezydenta Saakaszwilego i wojnę o Osetię Południową w 2008 roku. A przecież Gruzja – choć to Zakaukazie, region którego potoczna nazwa sugeruje już pewną egzotykę i dzikość – leży zaledwie trzy i pół godziny lotu tanimi liniami lotniczymi z Katowic. I nie trzeba spełniać żadnych skomplikowanych procedur wizowych. Wystarczy sam paszport, a od niedawna – nawet dowód osobisty. Lecąc do Gruzji możemy poczuć się więc niemalże jak w strefie Schengen.

Stolica

Nieco więcej czasu zajmie za to przedostanie się z lotniska w Kutaisi – drugim co do wielkości mieście Gruzji i najnowszym porcie lotniczym, obsługującym właśnie połączenia z Europą Środkową – do Tbilisi. Wprawdzie 230 km z Kutaisi do Tbilisi pokonuje się jadąc główną arterią komunikacyjną kraju, ale i tak oznacza to około pięciu godzin jazdy. Tbilisi – stolica, największe miasto kraju, półtora milionowa aglomeracja i główny ośrodek kulturalny, naukowy i gospodarczy tego małego państwa. Podróżując po Gruzji z zachodu na wschód i z północy na południe nie sposób ominąć tego miasta. Tutaj krzyżują się najważniejsze drogi i rzadkie w regionie linie kolejowe.

Jedno w Tbilisi widać od razu: miasto jest niskie, płasko rozciąga się na równinie otoczonej łagodnymi zielonymi wzgórzami. Nie ma tu typowych dla stolic europejskich drapaczy chmur, wieżowców czy kilkunasto piętrowych bloków. Nad współczesnym centrum miasta, jak wieki temu, góruje potężna twierdza na skalnym wzgórzu Sololaki. Z kolei na przeciwległym brzegu rzeki Kury wznosi się największa świątynia prawosławna Gruzji i – poza Rosją – najwyższa na świecie: Sobór Trójcy Świętej. Choć swym stylem i budulcem przypomina dziesiątki innych gruzińskich świątyń, pamiętających pierwsze wieki po Chrystusie (Gruzja jest jednym z najstarszych chrześcijańskich krajów na świecie, a najstarsze gruzińskie klasztory i katedry pochodzą z IV wieku naszej ery), katedra powstała w latach 1995 do 2004. Wybudowano ją w miejscu starego cmentarza ormiańskiego, co wywołało protesty społeczne. Jest siedzibą Katolikosa – Patriarchy Gruzji. Ogromny gmach świątyni ma powierzchnię aż 5 tys. metrów kwadratowych, i podobno pomieścić może jednorazowo 15 tysięcy wiernych.

gru 3.jpg

Trudno jednoznacznie określić charakter Tbilisi. Częściowo miasto wydaje się europejskie: zwłaszcza wzdłuż głównej alei, noszącej imię Rustaweliego, XII-wiecznego gruzińskiego poety i autora gruzińskiej epopei narodowej „Rycerz w tygrysiej skórze”, przy której stoją wspaniałe secesyjne gmachy i kamienice, teatry i opery, gmach znanego z „rewolucji róż” parlamentu – który zdobi wciąż radziecka gwiazda i godło Gruzińskiej SSR. Nic dziwnego, że wiele wspaniałych gmachów, teatrów, kamienic, bibliotek, kościołów i oper przypomina od razu Kraków, Wiedeń, Pragę czy Warszawę – bardzo wiele z nich zaprojektowali polscy architekci, w Tbilisi działali też polscy inżynierowie, naukowcy i malarze, dokumentujący gruzińską kulturę ludową i obyczaje1. W centrum stolicy można oczywiście znaleźć też typowe dla obszaru byłego ZSRR monumentalne budowle w stylu lat 40-tych i 50-tych, ale ich wieże i iglice nie kłują aż tak po oczach jak w Moskwie, Kijowie i innych miastach dawnych republik radzieckich. Jest ich po prostu bardzo niewiele.

Wystarczy jednak nieco zboczyć z głównych ulic, odejść od głośnego Placu Rewolucji Róż i Placu Wolności – by zobaczyć ciche, wąskie zaułki starego Tbilisi, z jego kruszącymi i chylącymi się ku ziemi kamieniczkami, niskimi domkami, powciskanymi jeden obok drugiego tak blisko, jakby każdy metr kwadratowy ziemi był tu na wagę złota. Tutaj nie ma sklepów z pamiątkami i drogich restauracji – za to na każdym rogu można spotkać stragany z arbuzami, brzoskwiniami i innymi owocami, sprzedawanymi niekiedy nie tyle ze straganu, co wprost z bagażnika starego sowieckiego UAZ-a, Wołgi czy Łady. Najlepiej odwiedzić jedno z gruzińskich targowisk, pochodzić pomiędzy straganami z owocami i warzywami, domowym winem, ręcznie wyrabianym serem i domową wódką (czaczą), by poczuć atmosferę prawdziwie gruzińskiej codzienności.

U stóp wspomnianego już wzgórza poczuć się można z kolei jak w jednym z krajów dawnego Imperium Osmańskiego. Znajdują się tu typowe dla kultury islamu łaźnie, z charakterystycznymi płaskimi kopułami, a także budynki w bogato zdobionym stylu mauretańskim. Na europejskich, izraelskich i arabskich turystów (tych ostatnich jest w Gruzji chyba najwięcej) czeka co krok Józef Stalin – w postaci glinianych piersiówek i butelek w kształcie umundurowanego Generalissimusa, zawierających znane i cenione gruzińskie wino. Albo w postaci wódki „Stalin”, koszulek z jego wizerunkiem, a nawet… magnesów na lodówki.

gru 2.jpg

Nie jest to jednak żaden kult wodza, nie są to żadne resentymenty czy tęsknota za utraconym imperium: Gruzini nie kłócą się już, czy Iosif Dżugaszwili był największym zbrodniarzem, czy największym Gruzinem. Zwyczajnie, beznamiętnie wykorzystują jego postać w celach zarobkowych, licząc na to, że turyści rzuca się na tak osobliwą pamiątkę. Nie liczy się polityka – liczą się Lari.
Gruzińska stolica najpiękniejsze wrażenie robi chyba nocą, kiedy podświetlone są najważniejsze świątynie, twierdza, mosty i pałac prezydenta. Wieczorem też tak na dobre zaczyna się życie uliczne w Tbilisi i innych miastach Gruzji: podobnie, jak w wielu krajach południa, w których panują latem bardzo wysokie temperatury, miasta do godzin popołudniowych sprawiają wrażenie pustych, cichych i zaspanych. Gwar zaczyna się dopiero późnym popołudniem, a ulice, restauracje i kawiarnie zapełniają się ludźmi, gdy na dobre zajdzie słońce.

Gruzińska Droga Wojenna

Praktycznie na samych północnych rogatkach Tbilisi zaczyna się Gruzińska Droga Wojenna – główny szlak przecinający w poprzek Wielki Kaukaz i łączący Tbilisi z rosyjskim Władykaukazem. Nazwa pochodzi od XIX-wiecznej modernizacji szlaku, której jednym z głównych architektów był kolejny Polak – Bolesław Statkowski. Drogą tą maszerowały od czasów najdawniejszych różne wojska: rzymskie, mongolskie, potem rosyjskie, którym zmodernizowana trasa umożliwiała sprawne przerzucanie sił do walki z kaukaskimi góralami gruzińskimi i dagestańskimi.

Na samym początku Drogi leży miasteczko Mccheta, w której znajdują się wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO klasztory i cerkwie. Mccheta to „gruzińskie Gniezno”, historyczna stolica pierwszych form państwowości gruzińskiej i miejsce, w którym Gruzja w roku 337 naszej ery przyjęła chrześcijaństwo. Nieco dalej, jadąc Droga Wojenną w kierunku wysokich szczytów Kaukazu, mija się sztuczne jezioro Żniwami, u którego brzegu wznosi się malownicza twierdza Ananuri – jedno z najbardziej rozpoznawalnych na świecie miejsc Gruzji. Także twierdza figuruje na Liście Dziedzictwa UNESCO, choć na przełomie lat 70-tych i 80-tych, podczas budowy zbiornika i elektrowni wodnej, planowano jej zatopienie przez spiętrzone wody rzeki.
Już w wysokiej partii gór, na wysokości około 2200 m, znajduje się miejscowość Gudauri – do lat 80-tych XX wieku zapomniana przez świat wioska, którą władze radzieckie postanowiły przekształcić w miejscowość narciarską i turystyczną. Do dzisiaj nie ma tu praktycznie nic, poza górami, hotelami i pensjonatami oraz kilkoma wyciągami orczykowymi i krzesełkowymi. Niestety, cała ta infrastruktura działa jedynie zimą, kiedy od strony rosyjskiej przybywają bardziej majętni turyści. Latem Gudauri, mimo przepięknych widoków i górskich szczytów nawet w lipcu pokrytych śniegiem i lodem, sprawie wrażenie miejscowości wymarłej.

Najpiękniejsze widoki rozpoczynają się jednak dopiero za Gudauri. Jadąc w kierunku rosyjskiej granicy po lewej stronie mija się imponujący kanion Aragwi. Już z daleka dostrzec można półkolisty monument z czasów radzieckich, na którym odpadające mozaiki przedstawiają wyróżniający się od typowych, heroicznych i monumentalnych pomników z epoki obraz radosnego i rudego krasnoarmiejca, dzierżącego nad głową „pepeszę” i depczącego połamaną swastykę. Niedaleko tego miejsca wznosi się namiotowe miasteczko amerykańskiej ekipy filmowej i dziesiątek aktorów oraz stażystów z końmi, w strojach z pierwszych dekad XX wieku. Miejscowi wiedzą jednak tylko, że „przyjechało Hollywood” i kręci jakiś film o czasie rewolucji.

Tuż za Przełęczą Krzyżową na wysokości prawie 2400 metrów nad poziomem morza, droga zaczyna znów opadać w dół, by po pokonaniu kolejnych serpentyn w końcu dotrzeć do Stepancmindy – zwanej dawniej, oraz wciąż nieformalnie przez większość Gruzinów, Kazbegi. Kazbegi znana jest przede wszystkim z położonej wysoko w górach, z majestatycznymi skalnymi szczytami w tle, świątyni Cminda Sameba – widoku znanego z większości przewodników i folderów turystycznych, będącego chyba najbardziej rozpoznawalnym „symbolem Gruzji”. Drugi powód popularności tej nie wyróżniającej się niczym osady: leży u stóp Kazbeku, jednego z siedmiu kaukaskich pięciotysięczników, otoczonego lodowcami drzemiącego wulkanu wznoszącego się na wysokość 5033 metrów. To Kazbegi właśnie jest bazą wypadową do wysokogórskich wypraw pod Kazbek, do okolicznych lodowców i wąwozów.
c.d.n.

Michał Soska
Myśl Polska, nr 33-34 (14-21.08.2016)

Dzial: