Ukraina po Majdanie – widok znad Wisły

bandera.jpg
Nie od dziś wiadomo, że problem ukraiński jest doniosłym zagadnieniem polityki europejskiej, także światowej, ale przede jest istotnym problemem dla polityki polskiej. Czy w związku z tym polskie opracowania strategiczne problem ten w odpowiednim czasie dostrzegły? Czy opracowano narodowe plany mające stanowić odpowiedź na zmieniającą się sytuację na niespokojnym terytorium Ukrainy?

Czy zakładano możliwość przejęcia władzy w czasie majdanowej rewolucji przez środowiska neobanderowskie? Jak kwestię ukraińską ujmuje polski dokument najwyższej wagi o nazwie Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej (SBNRP) podpisany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego dnia 5 listopada 2014 roku? Odpowiedź jest niestety przygnębiająca. Z dokumentu tego wynika, że kwestia ukraińska w oficjalnym polskim myśleniu strategicznym nie istnieje. Czyżby więc wizyty czołowych polskich polityków na Majdanie nawołujące de facto do obalenia prezydenta Janukowycza nie mieściły się w naszych strategicznych założeniach i były tylko ich samowolą płynącą z sympatii do rewolucji, lub do banderyzmu? Czy może były realizacją zleconej misji pomocy w obaleniu Janukowycza i szkodzeniu Rosji?

Na marginesie: nieoceniony redaktor Stanisław Michalkiewicz takich misjonarzy nazywa mało wyszukanym terminem „amerykańscy dywersanci”. Nie można z góry odrzucić także tego, że ich majdanowa agitacja wynikała jednak ze strategicznych polskich planów, których opinia publiczna jedynie nie zna. Polskie społeczeństwo z pewnością ma prawo oczekiwać jasnych odpowiedzi na te pytania. Szczególnie jeśli się zważy fakt, iż politycy ci w najmniejszym nawet stopniu nie konsultowali z narodem akceptacji lub dezakceptacji dla swej aktywności w popieraniu banderyzmu tuż za polską granicą. Interesowała by nas też odpowiedź o ideologiczne i strategiczne przesłanki tych spektakularnych wyjazdów na kijowski Majdan.

Z SBNRP wynika również, że Polska nie wypracowała także żadnych własnych planów strategicznych wobec swych potężnych sąsiadów. Wprawdzie pkt. 41 omawianego dokumentu przewiduje, że czynnikiem oddziaływującym na bezpieczeństwo Polski i Europy są relacje Rosji z Zachodem, ale jest to zagadnienie, które dokument pozostawia wyłącznej dyspozycji NATO. Rzeczony dokument zdaje się więc sugerować, że Polska objęta parasolem ochronnym NATO nie potrzebuje wypracowania własnej suwerennej odpowiedzi na rozwój sytuacji jaka zachodzi wokół polskich granic. Jeśli świadczy to o suwerennym myśleniu o interesie narodowym, to żyjemy w różnych światach. Polska, jak widać nie odważyła się na wypracowanie własnej strategii długofalowej.

Trud i obowiązek wypracowania takiej geopolitycznej strategii długofalowej obejmującej kilka dziesięcioleci naprzód musiałby w pierwszym rzędzie brać pod uwagę nie aktualną potęgę NATO (element planowania taktycznego), ale stałe, niezmienne warunki polskiego bytowania w Europie. Nie wolno nam także zapominać o naszym słowiańskim rodowodzie. Opatrzność wyznaczyła nam miejsce pomiędzy narodami silnymi, prężnymi i ambitnymi i tego żadne NATO, ani żaden prezydent USA nie jest w stanie zmienić. Ten stały element każdego racjonalnego planowania strategicznego nie jest, jak się zdaje, brany pod uwagę przez polskich polityków. W naszym myśleniu o państwie liczy się doraźność, polityczne dziś, sukces mierzony polityczną kadencyjnością. By móc realizować doraźne cele polityczne ukrywa się przed społeczeństwem strategiczne zagrożenia jakie wpisane jest w tę niebezpieczną polityczną grę w doraźność.

Przedstawiciele obozu władzy, by nie drażnić Ukraińców nigdy nie odważyli się publicznie upomnieć o historyczną prawdę o ludobójstwie. Niedawno próbował częściowo wyręczać nas w tej misji prezydent Czech Milosz Zeman, który do Ukraińców próbujących skłonić prezydenta do uznania w Banderze bohatera publicznie przypominał Ukraińcom słowa Bandery, choćby: „Zabij każdego Polaka w wieku od 16 do 60 lat”. Jak to się dzieje, że w polskich sprawach więcej odwagi ma prezydent Czech niż prezydent Polski? Ale czy to tylko kwestia braku odwagi, czy jednak przemyślana koncepcja przetrwania w bezproblemowej i wygodnej politycznej doraźności?

Nie zapominajmy, że doraźność, której hołduje polska polityka wschodnia potrafi spłatać figla, potrafi zaskoczyć niejednym jeszcze resetem. Nie żyjemy we względnie stabilnym porządku politycznym odległych czasów średniowiecza. Dziś w XXI wieku sytuacja międzynarodowa jest dynamiczna. Czy wielu przewidywało tak radykalny „reset” w przyjaznych stosunkach Zachodu z Kadafim? Albo z przyjacielem USA Hussajnem? Czy potężne głowy polskich polityków wypracowały w odpowiednim czasie w swych strategicznych planach podwójny amerykański reset z Rosją? Na zmianę, nawet nagłą, polityk odpowiedzialny za kraj musi być przygotowany, wiedząc że stałe są tylko interesy kraju wynikające z jego geopolitycznego położenia. A przecież nawet najmądrzejsi politycy nie mogą głosić niedorzecznych twierdzeń, jakoby była to jedynie kwestia umowna, zależna od aktualnego układu sił.

Czy Polskę, którą stać było na produkcję filmów wymyślonych w zideologizowanym umyśle Jana Tomasza Grossa, nie stać na dokończenie filmu Wojciecha Smarzowskiego ukazujące prawdę o Wołyniu? Czy to nędza polskiej kultury, czy tchórzostwo polskich decydentów? Słychać dziś ukraińskie głosy ważnych polityków naigrywające się z suwerenności polskiej polityki, wprost bowiem żądające poniechania obchodów Dnia 11 lipca jako Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach II Rzeczpospolitej. Banderowcy ci podpowiedzieli nam nawet, że dzień ten winien odtąd funkcjonować jako Dzień Męczeństwa. W Polsce dzień ten należy obchodzić 17 września, bo przecież wygodniej będzie Polakom łącznie obchodzić ten dzień jako dzień ofiar całego polskiego Wschodu. Oto najnowsza propozycja dla polskich polityków!

Niestety, część polskich polityków zdaje się akceptować ten przewrotny projekt. Prezydent Komorowski swego czasu, w okresie zaniżonego szacunku dla własnego urzędu wprost nawet wypowiadał kłamstwa o bolszewickich sprawcach rzezi wołyńskiej. Ale wracając na realny grunt: propozycja poniechania uczczenia Dnia Pamięci Ofiar Ukraińskiego Ludobójstwa mogła wykoncypować tylko przebiegła myśl ukraińskiego nacjonalisty.

To projekt próbujący za zbrodniami wojennymi Armii Czerwonej (17 września!) ukryć ukraińskie ludobójstwo zaplanowane i metodycznie realizowane przez sotnie UPA na Polakach. To próba zwekslowania do izby historycznych wątpliwości morza polskiej krwi, do wytoczenia której wzywał już Mychajło Kołodzinski. To wreszcie projekt wychodzący naprzeciw ukraińskim nacjonalistom kwestionującym zbrodnie UPA, projekt spełniający żądania uchwały Krajowego Prowidu OUN z 22.06.1990 roku. Przypomnijmy jedną z tez tej uchwały: „Mordy, którymi zaprzeczać nie można były dziełem sowieckiej partyzantki lub luźnych band, z którymi UPA nie miała nic wspólnego”.

Tę haniebną tezę potwierdzają dziś odpowiedzialni za politykę historyczną ukraińscy politycy. Na likwidację dnia 11 lipca jako Ogólnopolskiego Dnia Pamięci Ofiar Ukraińskiego Ludobójstwa w Polsce zgody nie ma i nie będzie, choćby nawet oficjalnie poprzez uchwałę sejmową przeforsowano tę banderowską propozycję. Dzień ten bowiem wdarł się do polskiej pamięci czcząc niewinne ofiary Krwawej Niedzieli 1943 roku, w której bojówki UPA w barbarzyński sposób zaatakowały równocześnie ok.100 polskich miejscowości niosąc wszędzie okrutną śmierć.

W tej jakże przedziwnej dla Polaków sytuacji rodzi się naturalne w tych warunkach pytanie: skąd w Polsce tyle wyrozumiałości dla ukraińskiego lobby? Skąd niebywała uległość wobec żądań neobanderowców? Jedną z możliwych odpowiedzi jest przypomnienie o żyjącej w Polsce potężnej diasporze ukraińskiej. Bo istotnie, niezależnie od liczebności ukraińskiej mniejszości, korzenie ukraińskie ma wielu polskich parlamentarzystów, polityków najwyższego szczebla, dziennikarzy, samorządowców, profesorów polskich uczelni, policjantów i ministrów...

Z faktu tego nie czynię zarzutu, bo generalnie, świadczyć on może także pozytywnie o polskim społeczeństwie. Polacy w większości nie od dziś są otwarci i tolerancyjni. Polacy nie są narodem mściwym. Potrafią być przyjaźni do swych niepolskich współmieszkańców. Rozumieją, że mogą oni wnieść także wiele cennych wartości do naszego życia. I korzyść ze zgodnego współżycia może być wzajemna.

By jednak opis ten nie nawiązywał wyłącznie do opisu życia na wyspie Utopii, mamy obowiązek jasno sformułować warunki takiego współżycia. Warunek bez którego o dobrym a nawet poprawnym współżyciu nie może być mowy to lojalność. Polskie społeczeństwo nie hoduje w sobie zapiekłych diabolicznych nienawiści i urazów. Choć było obiektem nieludzkiego, barbarzyńskiego ludobójstwa gotowe by było po chrześcijańsku wybaczyć. Pierwszy warunek to przyznanie się sprawcy do czynu (jeśli żałuje – przebacz mu. Łk.17,1-6). To dopiero otwiera drogę do pojednania, a nawet, po chrześcijańsku rozumianej braterskiej miłości. Polacy bowiem, generalnie, pragną żyć ze wszystkimi swoimi sąsiadami w przyjaźni i pokoju tym bardziej, że z częścią z nich łączą nas więzy wspólnego słowiańskiego dziedzictwa.

Słyszymy tymczasem choćby z ust rzecznika Tarasenko: że „Rzeź na Wołyniu to brednia”. Zaś w uchwale OUN potwierdzanej de facto przez Wołodymyra Wiatrowycza, iż „mordy były dziełem sowieckiej partyzantki”. Ta stosowana notorycznie przez banderowców taktyka pomówień nawet na krok nie zbliża naszych narodów. To smutna refleksja, ale świadczyć może także o tym, że banderowcom w swojej pysze, poczuciu siły i zatwardziałości wcale na pojednaniu nie zależy.

Tak czy inaczej wszyscyśmy powinni pamiętać, że zlekceważenie tego podstawowego Łukaszowego warunku prowadzi do tolerancji oszustwa, kłamstw i pomówień. To z kolei, wracając do realiów relacji polsko-ukraińskich – do wrogości do polskiego narodu, albowiem wyparcie zadanej krzywdy wywołuje u krzywdziciela reakcję obronną najczęściej w postaci agresji. To prosta droga do powstania w Polsce V kolumny. W imię doraźnych celów politycznych, własnych lub cudzych, ukrywanie przed narodem prawdy historycznej jest zajęciem haniebnym i tylko krok dzieli od zarzutu zdrady.

Andrzej Gierech
Myśl Polska, nr 25-26 (19-26.06.2016)

Dzial: