Rosji należy się szacunek

berlin_0.jpg
Mamy kolejne fakty w sztucznie i złośliwie podsycanej przez władze polskie wojnie psychologicznej z Rosją. Do „wielkiego” programu pogromu pomników upamiętniających zwycięstwo ZSRR w wojnie z Niemcami, doszedł kolejny – zakaz wjazdu do Polski rosyjskich motocyklistów chcących upamiętnić swoich przodków poległych w wojnie.

Pomimo upływu lat w polskiej polityce, bez względu na to, kto rządzi nic się nie zmienia. Prymitywa rusofobia jest jej głównym ideologicznym założeniem. Czytelnikom MP chcielibyśmy przypomnieć tekst prof. Bogusława Wolniewicza z 2009 roku. Było to jego wystąpienie na żywo na antenie Radia Maryja w dniu 27 września. Tylko dlatego „poszło” ono w eter, bo później żadna z gazet tzw. prawicowych tego tekstu nie opublikowała (łącznie z „Naszym Dziennikiem” i portalem Radia Maryja), a sam Profesor „zniknął” z anteny. Za jego zgodą ten tekst, będący podsumowaniem naszej „polityki” wobec Rosji, opublikowała „Myśl Polska”, i tylko ona. Dzisiaj, wobec zbliżania się kolejnej rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą – ten tekst przypominamy. Nic nie stracił na aktualności.

„Chcę coś rzec w jednej tylko sprawie: o tych obchodach 70-lecia wybuchu II wojny światowej, jakie 1 września odbyły się w Gdańsku; a dokładniej, o naszym stosunku do Rosji, jaki się na tle tych obchodów zarysował. Z góry uprzedzam, że to, co powiem, niektórym będzie nie w smak, może nawet wielu. Liczę jednak, że będą i tacy, co choć też nie całkiem może się ze mną zgodzą, uznają przecież mój punkt widzenia za przynajmniej godny zastanowienia.

A poza tym wydaje mi się, że ta życzliwość i to poparcie, jakimi się ze strony Państwa cieszę, i za które jestem tak głęboko wdzięczny, opierają się na jednym: na tym, że wiecie, iż mówię zawsze tylko to, co naprawdę myślę; i że mówię prosto z mostu, bez ogródek i bez oglądania się na to, czy się to komu spodoba, czy nie spodoba.

A teraz do rzeczy. Nasza polityka wobec Rosji zdaje mi się z gruntu błędna – jednakowo ta rodem z PiS-u, i ta rodem z PO. (O krypto-komunie z SLD nie mówię, bo tych należało już dawno zdelegalizować razem ze wszystkimi ich przybudówkami i rozpędzić na cztery wiatry.) Błędność naszej polityki widać było jak na dłoni właśnie podczas tych obchodów. Istotę tej błędności ująłbym w dwa słowa: z jednej strony nadymanie się wobec Rosji, a z drugiej podszarpywanie tygrysa za ogon. Nie jestem, uchowaj Boże, rzecznikiem uniżoności wobec kogokolwiek; wobec Rosji oczywiście także nie. Ale cnota to jest zawsze – jak mówił Arystoteles – złoty środek między dwiema skrajnościami, między dwoma niecnotami.

Naszego stosunku do Rosji nie ma cechować ani uniżoność, ani nadęcie. Ma go cechować szacunek dla potęgi Rosji i poczucie proporcji – że my potęgą nie jesteśmy i nie będziemy. Ta proporcja ujawniła się najdobitniej w pewnym podstawowym fakcie historycznym: oni swoją wielką wojnę z Niemcami wygrali, a my naszą wielką wojnę z Niemcami przegraliśmy. Czas to zrozumieć. I czas zrozumieć, że gdy mały zaczepia dużego, to się dla małego nie może dobrze skończyć. Tej prawdy, najelementarniejszej z elementarnych, nie mogą jakoś pojąć nasi politycy, np. panowie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski. Oto dowody.

3 września dziennik „Rzeczpospolita” podaje informację: „Prezes PiS ocenia premiera Rosji. Jarosław Kaczyński skrytykował wystąpienie premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina na Westerplatte. Głównie z tego powodu, że Putin nie przeprosił za wymordowanie Polaków w Katyniu. – Powstaje pytanie o sens zaproszenia Putina – stwierdził prezes Kaczyński”. Rozumiem te słowa J. Kaczyńskiego tak, że skoro premier Putin nie zamierzał nas przepraszać, to po co przyjeżdżał i po co go w ogóle zapraszano?

Gdy czytałem tę informację, przypomniało mi się wydarzenie sprzed czterech lat, z obchodów w Moskwie 60-lecia zwycięstwa nad Niemcami. Zjechali się tam wtedy notable z całego świata, a wśród nich minister spraw zagranicznych Holandii. W trakcie tych uroczystości tenże Holender zwrócił się do rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa z pytaniem, czy Rosja nie powinna by jednak przeprosić zebranych za pakt Ribbentrop-Mołotow. A na to Iwanow odpowiedział mu: „Jeżeli ktoś chce, byśmy go przepraszali, to musi nas najpierw podbić”. I ten Holender zamknął natychmiast dziób, a za nim wszyscy inni. Premier Putin mógł był powiedzieć to samo na Westerplatte. Nie zrobił tego przez uprzejmość, której naszym politykom zabrakło; i zabrakło im poczucia proporcji.

Albo weźmy marszałka Sejmu p. Komorowskiego. Po tej pokrętnej uchwale naszego Sejmu na temat wkroczenia 17 września 1939 r. Armii Czerwonej na terytorium Polski, rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że uchwała ta „czyni poważną szkodę odbudowie dobrych stosunków między naszymi krajami”. Marszałek Komorowski skomentował to oświadczenie tak (Rz, 25.9.2009): „Kontestując uchwałę polskiego Sejmu, strona rosyjska dała świadectwo, że nie potrafi poradzić sobie z własną historią. (…) Rosyjscy politycy niepotrzebnie angażują się w obronę stalinizmu. – To jest tak, jakby Niemcy chcieli bronić przeszłości hitlerowskiej”.

Zdumiewa mnie beztroska pana marszałka w szastaniu takimi oświadczeniami. Bo poza wszelkimi innymi różnicami, w stosunku Niemców i Rosjan do mrocznych stron ich własnej przeszłości zachodzi znowu jedna różnica fundamentalna: polityka Hitlera doprowadziła III Rzeszę do druzgocącej klęski, a polityka Stalina doprowadziła Związek Radziecki do niebywałego triumfu. Poza grozą swoich czynów, Adolf Hitler okazał się jeszcze politycznym partaczem, a Józef Stalin okazał się – czy to się nam podoba, czy nie podoba – najskuteczniejszym politykiem XX wieku. Dlatego Niemcom stosunkowo łatwo przychodzi potępić swego byłego Führera, którego przedtem tak entuzjastycznie i tak powszechnie popierali. A Rosjanom wobec Stalina przychodzi to trudno, ich stosunek do tej postaci i do tego etapu ich dziejów nie może nie być ambiwalentny, dwoisty. I nie przez ich subiektywny upór, czy złą wolę – ta może też jest, ale to nie to jest istotą rzeczy.

To jest trudność obiektywna, przed którą musi stanąć każdy naród w ich położeniu. Myślę, że Chiny stoją teraz też przed tą trudnością w swoim stosunku do Mao Tse-tunga. A udzielanie przez p. Komorowskiego Rosjanom wskazówek, jak ten gigantyczny problem ideologiczny mają u siebie rozwiązywać, zdaje mi się głupie i prostackie.

Historycznie nasza rezerwa i nieufność wobec Rosji jest ze wszech miar uzasadniona. I przypuszczam, że oni są ją chyba w stanie zrozumieć. Niekiedy czynią nawet wobec nas pewne gesty pojednawcze, których my jakoś nie umiemy docenić, ani przyjąć tak, jak na to zasługują.

Ostatnim takim gestem był właśnie przyjazd premiera Putina na uroczystości rocznicowe do Gdańska; przyjazd pozostający w jaskrawym kontraście z ostentacyjnym lekceważeniem, jakie okazał nam ten fircykowaty lewak z Waszyngtonu. (O dwu innych gestach Rosjan, wcześniejszych i daleko ważniejszych, powiem za chwilę.) Putin nie tylko zjawił się w Gdańsku osobiście, ale wystąpił tam w tonie powściągliwym i pojednawczym. Powiedział na Westerplatte (Rz, 2.9.2009): „Mój kraj uznaje błędy przeszłości. (…) Chcielibyśmy, aby stosunki polsko-rosyjskie były oddzielone od rozrachunków historycznych i oparte na zasadzie dobrosąsiedztwa”. A na konferencji prasowej w Grand Hotelu zaproponował nam wręcz powrót do umowy w sprawie tego rurociągu, który nas tak – słusznie zresztą – niepokoi.

A my co na to? Gderania i pretensje. I to nie tylko politycy, lecz i ludzie skądinąd bardzo rozumni. Tak np. prof. Zdzisław Krasnodębski pisał (tamże): „Generalnie jestem zawiedziony i rozczarowany tym, co powiedział premier Putin. Przede wszystkim – ani słowa o Katyniu”. Pytam: a dlaczego miał premier Putin mówić o tym na Westerplatte, jeżeli nie uznał tego za stosowne? Niech prof. Krasnodębski zważy dobrze to, co cztery lata temu powiedział owemu Holendrowi min. Iwanow, bliski współpracownik Putina.

Ale to jeszcze nic przy tym, co napisał red. Bronisław Wildstein – też jeden z tych, których rozumności nie byłbym w najmniejszym stopniu skłonny kwestionować. Mówi on (Rz 14.9.2009): „Niezależne organizacje (…) prowadzą walkę o odsłonięcie całej prawdy na temat (Katynia) i borykają się z oporem władz rosyjskich. Walczą również o symboliczne zadośćuczynienie za zbrodnie. Jeżeli zrezygnujemy z kategorii ludobójstwa, to nie mamy podstaw, aby żądać interwencji międzynarodowych czynników w tej sprawie”. Czy mu tutaj rozum odjęło? „Symboliczne zadośćuczynienie” – ale zapewne w rublach całkiem niesymbolicznych! I na jaką to „interwencję” i jakich „międzynarodowych czynników” red. Wildstein tu liczy? Kto się na świecie do tego kwapi, żeby z nami iść na Moskwę wymuszać jakieś „zadośćuczynienia”; szlakiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego?

Powiedzmy wyraźnie dwie rzeczy. Sprawę Katynia jako problem polityczny między Polską i Rosją rozwiązał wielki, historyczny gest prezydenta Borysa Jelcyna z 14 października 1992 r. W tym dniu przekazał on nam przez swojego osobistego wysłannika treść najtajniejszego dokumentu, w którym zawarta jest najgłówniejsza i dla Rosjan najstraszniejsza prawda o zbrodni katyńskiej. My powinniśmy byli uznać wtedy tę sprawę za tym samym ostatecznie wobec Rosji zamkniętą – i głośno to powiedzieć. Nie uczyniliśmy tego. Uważam, że to był nasz błąd. A wywlekanie nadal sprawy Katynia na forum polityczne jest już teraz tylko czystym jątrzeniem, jeżeli nie czymś jeszcze gorszym.

To samo – po drugie – dotyczy paktu Ribbentrop/Mołotow i daty 17 września 1939 r. W 54 lata później, 18 września 1992 r., Rosjanie wycofali z Polski swoje ostatnie wojska. Wycofali je dobrowolnie, bez walki; nie została przelana ani jedna kropla polskiej krwi. I tak, bez przelewu krwi, została zwrócona nam suwerenność, którą przedtem nam zabrali. To był z ich strony drugi wielki gest – i my powinnibyśmy znowu uznać, że sprawa ich wkroczenia w 1939 r. na nasze terytorium jako aktualny problem polityczny jest zamknięta.

A co robimy? Próbujemy – jedyni na świecie, samotni w tym jak palec – rozszerzać dziś propagandowo winę za rozpętanie II wojny światowej i przesuwać ją z Niemców także na Rosjan. Równie dobrze jak rzec, że drogę do wojny otwarł pakt zawarty w Moskwie 23 sierpnia 1939 r., można też rzec, że otworzył ją układ zawarty 29 września 1938 r. w Monachium. Dlaczego się mówi, że drogę do wojny otwierał układ Ribbentrop/Mołotow, a nie układ Hitler/Chamberlain? Putin wytknął to na Westerplatte i miał niestety rację.

Cała nasza polityka wobec Rosji po 1993 r. zdaje mi się jakaś bez sensu. Nie widzę, co myślimy nią osiągnąć. Pchamy palec między drzwi; rozumiem, że czasem trzeba robić nawet to, ale w tym wypadku nie rozumiem po co.

Tyle powiedziałem w radio. Wielu wzięło mi to za złe, ale wielu też mnie poparło. Chciałbym tu swoją wypowiedź uzupełnić, zwłaszcza co do sprawy katyńskiej.

Katyń to cierń w duszy Rosji. Jak bardzo on Rosjanom dolega, pokazują bezradne manewry propagandowe, jakimi usiłują jego bolesne kłucie osłabić. Takim manewrem są podnoszone przez nich od niedawna losy bolszewickich jeńców wojennych w Polsce po wojnie 1920 r., zwłaszcza wysoka ich śmiertelność w obozie internowania gdzieś koło Tucholi. Aluzja do niej znalazła się nawet w liście premiera Putina do Polaków z 31 sierpnia br., opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej”. Wymienił tam jednym tchem „zarówno cmentarze pamięci w Katyniu i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 r.”; jednak nie powtórzył już tego na Westerplatte, co należy zauważyć.

Katyń i Tuchola są to dwie sprawy niewspółmierne – i to absolutnie. Wysuwanie tej drugiej jako propagandowej „przeciwwagi” dla pierwszej jest tylko beznadziejną próbą obrony. Sprawę tego obozu pod Tucholą trzeba naturalnie zbadać historycznie i opisać z pełnym obiektywizmem. Ale i bez tego różnica jest oczywista: Katyń to był potworny mord z premedytacją, Tuchola to była karygodna nieudolność organizacyjna. To drugie znajduje swe pośrednie potwierdzenie w losach repatriantów po pokoju ryskim z marca 1921 r., masowo wtedy do Polski napływających. Zakładano dla nich obozy przejściowe, główny w Baranowiczach. A oto co pod tymże hasłem pisze nasza encyklopedia „Ultima Thule” w swym pierwszym tomie wydanym w 1927 r., więc parę lat po opisanych tam zdarzeniach:
„Po wojnie bolszewickiej Baranowicze zyskały smutną sławę jako jeden z punktów, przez które wracali repatrianci z Rosji. Powrót repatriantów w 1921 i 1922 był masowy. Biurokracja polska zorganizowała punkty dla repatriantów w fatalny sposób. Repatrianci przybywający do Baranowicz nie zastawali tu żadnych urządzeń dla siebie. W zimie nocowali w szczerym polu, skutkiem czego co rano po takim noclegu znajdowano kilkudziesięciu zamarzniętych ludzi. Wśród wielkich mrozów przewożono repatriantów w nieopalanych wagonach. Wskutek braku wszelkich urządzeń higienicznych grasowały epidemie. (…) W końcu 1921 poseł Władysław Grabski został mianowany nadzwyczajnym komisarzem do spraw repatriacyjnych. Powoli następuje poprawa i na wiosnę 1922 obóz w Baranowiczach został jako tako zorganizowany.”

Nie sądzę, by czynniki odpowiedzialne wtedy u nas za obozy jenieckie były wiele sprawniejsze od odpowiedzialnych za obozy repatriacyjne. Oba są naszą hańbą, ale Katyń to hańba całkiem innego rzędu.
Wszelkie próby, by umniejszyć wyjątkową grozę zbrodni katyńskiej, są z góry daremne. Tej zbrodni umniejszyć się nie da. Nie potrzeba też przyklejać do niej etykiety „ludobójstwa” ani żadnej innej, bo ona stoi ponad wszelkimi etykietami, jest sui generis. Sami jej tylko nie desakrujmy, czyniąc z niej obiekt przetargów politycznych lub zgoła tytuł do jakichś roszczeń materialnych. Rosja uznała swoją winę głębiej, niż ktokolwiek mógł był się spodziewać; zgodziła się także, by w miejscu zbrodni stanął krzyż. Nic więcej nie było tu do zrobienia, więc czego jeszcze od nich chcemy? Nie rozmieniajmy świętości narodowej na drobne.

Nie mieszajmy też tamtej sprawy ze sprawą 17 września 1939 roku. Co do tamtej Rosjanie czują się winni, co do tej zaś nie. Albowiem istotnie: to nie wkroczenie ich wojsk na terytorium Polski przesądziło wynik naszej walki z Niemcami. W połowie września, skoro nie ruszyła się Francja, wynik ów był już przesądzony i głupstwem jest dziś mówić o „ciosie w plecy”. Złem było nie samo to, że wkroczyli, lecz to, jak się potem wobec nas zachowali: od nikczemnej mowy Mołotowa poczynając, a na tamtej strasznej sprawie kończąc, na której zresztą jego podpis też figuruje.

Wszystkie owe zaszłości trzeba najstaranniej przechowywać w pamięci naszego narodu i opracowywać dalej historycznie. Nie ma natomiast żadnej potrzeby, by wciąż od nowa podtykać je Rosjanom pod nos. Pamiętać to nie to samo, co publicznie obnosić się ze swoimi żalami. Czy to nie jasne?

Prof. Bogusław Wolniewicz

Wypowiedź na falach Radia Maryja – 27 września 2009 r.

Dzial: