Waszczykowskigate i realpolitik

metternich.jpg
Nowy Rok bieży, a więc wracamy, wcale nie powoli, do spraw codziennej polityki. W „Waszczykowskigate” łatwo jest skoncentrować się tylko i wyłącznie na rowerzystach i marksistach, jednakże w całej aferze wyróżniłbym płaszczyznę bardziej uniwersalną.

Pokazuje ona jak w soczewce wszystkie mankamenty i słabości polskiej klasy politycznej. Widoczne są one zarówno w nieszczęsnym wywiadzie szefa naszej dyplomacji dla „Bilda”, jak i w rozmowie cytowaną przez agencję Reutera – instytucję poważną i nie pozwalającą sobie na poważne błędy i niedopatrzenia warsztatowe.

Swoją drogą, wywiady ministra są kolejnym symptomem upartego lansowania przez polską dyplomację w ostatnich kilkunastu latach mało realnego, niezrozumiałego przez partnerów na Zachodzie i antagonizującego Wschód mirażu „wzmocnienia wschodniej flanki NATO”. Zjawiskiem tym bardziej przykrym dla elektoratu obecnej większości sejmowej, pokazującym mu w dość obcesowy sposób, że kwestie socjalno-bytowe są czymś, co można łatwo przehandlować w imię neokonserwatywnych mrzonek o obsadzonym amerykańskimi bazami Międzymorzu. O sprawach tych pisałem już wielokrotnie, więc poniżej chciałbym zaprezentować nieco inną optykę.

W problemie wypowiedzi ministra Waszczykowskiego dla mediów istotna jest, jak sądzę, estetyka oraz to, co świat anglojęzyczny stara się określić za pomocą definicji „political culture”. W ujęciu Gabriela Almonda i Binghama G. Powella kultura taka to po prostu wzór indywidualnych postaw wobec polityki występujących wśród aktorów procesu politycznego (a więc zarówno rządzących, jak i opozycji). Jest to sfera wiedzy w znacznym sensie subiektywna, w której mieścić się mogą różne ususy, zachowania i postaci. Niemniej – by odwołać się do nośnego pojęcia upowszechnianego przez prof. Jadwigę Staniszkis, w jej ramach istnieją pewne nienegocjowalne „warunki brzegowe”, przestrzegane w mniejszym lub większym stopniu przez uczestników życia publicznego. Pomimo wyraźnych zmian w ostatnich dwóch dekadach w stylu jego uprawiania prowadzących do zapanowania ponowoczesnej postpolityki – są one zasadniczo aktualne.

Żywotność ich polega przede wszystkim na pewnej wciąż „konserwatywnej”, wydawałoby się nawet nudnej estetyce „wysokiej polityki”. Unika ona jak ognia – choć wiadomo, że politycy to też niedoskonali ludzie – pewnej radykalnej ostentacji, używania publicystycznego czy nawet knajackiego języka, w końcu: werbalnego atakowania innych narodów, wierzeń, światopoglądów lub nawet poglądów politycznych. Ten niepisany kodeks, powstały mniej więcej w czasach „tańczącej dyplomacji” Kongresu Wiedeńskiego jest szczególnie przestrzegany w świecie dyplomacji międzynarodowej i wśród ministrów spraw zagranicznych. Pomimo faktu, że wywodzą się oni ze sfer politycznych, obowiązują ich cały system hamulców, których przekroczenie może narazić nie tyle na konkretne sankcje, co personalny ostracyzm i zauważalne lekceważenie ze strony innych partnerów.

W najnowszej historii dyplomacji większość szefów MSZ to zazwyczaj chodzące przykłady kultury osobistej, erudycji i taktu. Pozwalają sobie najwyżej na cenne aforyzmy w stylu „dyplomacja to sztuka twórczego działania w świecie małych możliwości” (Henry Kissinger), ważkie sentencje w rodzaju „Dyplomatyczna obłuda nie jest nową formą sprawiedliwości, lecz początkiem nowej niesprawiedliwości” (Hans-Dietrich Genscher) lub „Pomiędzy różnicami politycznymi i geograficznymi można znaleźć wspólne interesy” (Robert Schuman).

Oczywiście, ministrowie dyplomacji prezentują często swoje autonomiczne „specialite de la Maison”. Wspomniany, długoletni sternik dyplomacji RFN słynął z obowiązkowego noszenia do garniturów żółtych pulowerów. Szef radzieckiego MSZ Andriej Gromyko w czasie negocjacji, w tym spotkania z Janem Pawłem II w Watykanie nałogowo palił papierosy (podobno w czasie audiencji papierosy doniósł mu na wszelki wypadek jeden z kurialnych kardynałów), a Kissinger podczas spotkań na szczycie wdawał się w zabawne pojedynki słowne, jak np. z premier Izraela Goldą Meir, zwracając się do niej: „Pani Meir, sądzę, że powinienem jedno zaznaczyć – po pierwsze jestem Amerykaninem. Po drugie dyplomatą. A Żydem dopiero w trzeciej kolejności”. Golda Meir miała odpowiedzieć: „Wszystko w porządku, synu, my czytamy od prawej do lewej”.

W barwnym świecie polityki międzynarodowej bywa zazwyczaj tak, że wyższy rangą polityk, uchodzący za postać o zdecydowanych poglądach bądź niekonwencjonalnym zachowaniu: czy to prezydent, czy premier, współpracuje ze spokojnym i tonującym napięcia szefem dyplomacji. W sąsiednich Czechach za czasów eurosceptycznej prezydentury Vaclava Klausa pozwalającego sobie w dyskursie publicznym na radykalne sądy, współpracował z konserwatywnym i obytym na światowych salonach księciem Karlem Schwarzenbergiem. Podobnie rzecz wygląda dzisiaj, gdy prostolinijny Miloš Zeman jest na arenie międzynarodowej uzupełniany przez proeuropejskiego chadeka i doświadczonego dyplomatę Cyrila Svobodę.

Radykalnie niekiedy geopolityczne opinie premiera Słowacji Roberta Fico („Słowacja nie może spoglądać tylko na Zachód”, „wolę odejść z polityki niż zgodzić się na bazy NATO w moim kraju”) równoważy Miroslav Lajčák, szef dyplomacji z olbrzymim doświadczeniem w rozwiązywaniu konfliktów międzynarodowych na Bałkanach. Młody minister spraw zagranicznych Węgier Péter Szijjártó (rocznik 1978), pomimo, że w ostrych słowach potrafi krytykować UE, Niemcy i nawet USA, zawsze wypowiada się merytorycznie i nie pozwala sobie w publicznych wypowiedziach na wycieczki osobiste czy rozważania o „cyklistach i energii odnawialnej”, a tym bardziej – karygodne wypowiedzi o „mieszaniu ras”.

Idąc dalej tym tropem, jowialny nieraz Jacques Chirac miał na Quai d’Orsay arystokratę i erudytę Dominique`a de Villepin cytującego z pamięci Pascala i Prousta, a nonszalancki Ronald Reagan mylący nieraz Liban z Libią – metodycznego i perfekcyjnego w działaniu George`a P. Shultza. W czasach niepisanej izolacji dyplomatycznej Austrii pod koniec lat 80., która nastąpiła w wyniku odkrycia hitlerowskiej przeszłości prezydenta Kurta Waldheima, ciężar utrzymania poprawnych kontaktów ze światem wzięli na siebie wywodzący się z szeregów Partii Socjaldemokratycznej (SPÖ) kanclerz Franz Vranitzky oraz minister spraw zagranicznych Peter Jankowitsch.

Jak widać, obowiązuje tu dość jasna hierarchia – prezydent czy premier mogą być oryginałami, szef MSZ – człowiekiem przewidywalnym, elastycznym, zdolnym do komunikacji, a jednocześnie o wysokim stopniu kultury osobistej. Dyplomata, który podczas wizyty w innym kraju nie pozwoli sobie na publiczne ocenianie działań miejscowych władz, nie będzie domagał się wypłat odszkodowań o jakich sobie właśnie przypomniał, uchyli się za pomocą zręcznie użytych formuł od budzących konflikty sądów, zostawiając je na czas negocjacji odbywanych za zamkniętymi drzwiami.

Nie trzeba wykonywać zbytnich piruetów publicystycznych i intelektualnych, by zauważyć, że medialne enuncjacje ministra Waszczykowskiego łamią przyjęte w Europie warunki brzegowe publicznych wypowiedzi szefa dyplomacji, budząc zdziwienie i zniecierpliwienie większości normalnego świata polityki międzynarodowej. Czasy misternej dyplomacji Klemensa von Metternicha i eleganckiej, kongresowej dyplomacji w nowoczesnym świecie już nie wrócą, ale szkoda, że „dobra zmiana” wiąże się z burzeniem resztek starej, dobrej szkoły w polityce, których bastionem pozostała właśnie sfera zachowań ministrów spraw zagranicznych.

Łukasz Kobeszko