„Razem”, czyli dzieci Michnika na lewicy

razem 2.jpg
Jednym ze skutków niedawnych wyborów parlamentarnych jest pojawienie się na scenie politycznej nowej partii lewicowej „Razem”. W środowiskach prawicowych zyskała ona opinię wręcz komunizujących, marksistowskich radykałów. To całkowicie błędny obraz sytuacji. Rzeczywisty fenomen „Razem” polega na tym, że to kolejna próba wykreowania lewicy podług marzeń Adama Michnika – antykomunistycznej, rusofobicznej i bez zastrzeżeń pronatowskiej.

Gdy przeanalizujemy program „Razem”, przekonamy się, że nie jest to formacja w czymkolwiek bardziej radykalna od krytykowanego przez „razemowców” Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Oba ugrupowania mają deklaratywnie charakter umiarkowanej socjaldemokracji, dalekiej od antysystemowości, dążącej jedynie do reform w ramach istniejącego systemu kapitalistycznego. Właściwie ściślej byłoby mówić o socjalliberałach, którzy akceptują ustrojowe fundamenty kapitalistycznego państwa, opowiadając się jedynie za bardziej egalitarną redystrybucją dochodu narodowego. Oczywiście w przypadku SLD trzeba jeszcze wziąć poprawkę na to, że gdy jego liderzy byli u władzy nie realizowali nawet takiego socjalliberalnego programu, tylko neoliberalny. Epatowanie zdjęciami lidera „Razem” Adriana Zandberga sprzed lat w koszulce z wizerunkiem Karola Marksa tylko zamazuje obraz sytuacji.

Istotna różnica programowa pomiędzy „Razem” a SLD przejawia się jedynie w dwóch punktach, choć trzeba przyznać, że znaczących: w ocenie przeszłości i spojrzeniu na politykę międzynarodową. „Razem” mocno akcentuje swoją wrogość w stosunku do PRL i sympatię do dziedzictwa „Solidarności”. Głośne były wypowiedzi działaczy tego ugrupowania o konieczności pozbycia się z polskiego życia politycznego „postkomunistycznych złogów” identyfikowanych przez nich z Sojuszem. Na ten antykomunistyczny charakter nowej partii zwrócił uwagę prof. Bronisław Łagowski w jednym z ostatnich numerów lewicowego tygodnika "Przegląd". "Polityka historyczna rozszerza swoje wpływy wszerz i w głąb i mamy już antykomunistyczną nową lewicę. Partia „Razem” manifestowała swoje „precz z komuną” w wieczór wyborczy i przedtem. Znaleźliśmy się w tunelu, w którym nie widać światełka” – ubolewał.

Wszystkiemu winien jest Putin

Tematyce międzynarodowej „Razem” w swojej deklaracji programowej w ogóle nie poświęca uwagi, ale znaczące, że jedno z pierwszych oświadczeń partii (z czerwca br.) poświęcone było konfliktowi na Ukrainie. Znalazły się tam oceny całkowicie zbieżne z linią propagandową forsowaną przez polityczny establishment, wręcz wykazujące nadgorliwość w rusofobicznej nagonce. Winien wszystkiemu złu jest oczywiście Putin: „Potępiamy wszelkie formy polityki mocarstwowej, której najnowszym przykładem jest agresja nacjonalistycznego reżimu Władimira Putina na Ukrainę. Kreml realizuje swoje geopolityczne ambicje kosztem cierpienia zwykłych ludzi: Ukraińców, Rosjan, Tatarów i innych narodów wciągniętych w obecny konflikt. (…) Nie mamy też wątpliwości, że to Władimir Putin ponosi winę za eskalację konfliktu i katastrofę humanitarną na wschodzie Ukrainy” – grzmiała Rada Krajowa „Razem”. Z oświadczenia możemy się także dowiedzieć, że pomajdanowy reżim oligarchiczno-banderowski w Kijowie to „konserwatywno-liberalny rząd ukraiński”, który został wyłoniony w demokratycznych wyborach, wyrażających wolę Ukraińców i Ukrainek.

Dużo więcej uwagi w tym „ukraińskim” stanowisku „razemowcy” poświęcają jednak ocenie sytuacji w... Rosji: „Rosyjski reżim służy dziś wąskiej elicie państwowo-biznesowej, eksploatującej zasoby i pracę ubogiej większości Rosjan. Utrzymuje ona Rosję na pozycji peryferyjnej gospodarki surowcowej, z której dochody czerpią nieliczni. W Rosji mamy do czynienia ze skrajnie neoliberalną polityką ekonomiczną i rządami oligarchii. Nie mogąc zaproponować społeczeństwu sprawiedliwego modelu społecznego, rządzący na Kremlu oferują w jego miejsce miraż mocarstwowości, nacjonalistyczną histerię i skrajny konserwatyzm, posunięty do usankcjonowanej prawnie homofobii”.

Tezy i podejście do tematu całkowicie zbieżne z linią reprezentowaną przez polską klasę polityczną, żywcem wyjęte z łamów „Gazety Wyborczej”. Był to wyraźny sygnał „Razem” pod adresem sił proatlantyckich: „Jesteśmy całkowicie po waszej stronie, jesteśmy nieszkodliwi”.

Taka forma podejścia do problemu razi zwłaszcza, jeśli zestawimy ją ze stanowiskiem „Razem” w kwestii tajnego więzienia CIA w Starych Kiejkutach. Tu nie znajdziemy ani słowa o imperialistycznej polityce USA i zbrodniach popełnianych przez to mocarstwo, jedynymi winowajcami są Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski. „Kongres Razem wyraża oburzenie faktem, że politycy odpowiedzialni za przyzwalanie na tortury i łamanie praw człowieka – Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski – nadal uczestniczą w polskim życiu publicznym. (...) Będziemy zabiegać o postawienie osób za to odpowiedzialnych, w tym byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i byłego premiera Leszka Millera, przed Trybunałem Stanu” – czytamy w dokumencie.

Mitem jest także rzekomo antynatowskie oblicze „Razem”, imputowane przez niektórych prawicowych publicystów. „Często każą się nam tłumaczyć z propozycji, których nie ma w naszym programie. (…) Choćby NATO. Ciągle słyszę, że chcemy wystąpienia Polski z Sojuszu. Ktoś tak gdzieś napisał. Bzdura, niczego takiego nie mówimy. Ponadto jesteśmy za wzmacnianiem obronności budowanej w ramach struktur Unii, potępiamy agresję putinowskiej Rosji na Ukrainie” – zapewniał w jednej z wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” Adrian Zandberg.

Cel: utopić SLD

Można jedynie zadawać pytanie, czy liderzy tej partii traktowali takie deklaracje jedynie jako formę „hołdu lennego” złożonego w zamian za możliwość dopuszczenia do udziału w „wielkiej polityce”, czy też jest to wyraz ich szczerych przekonań. Po części na to pytanie odpowiada biografia Adriana Zandberga, który był przez dłuższy czas asystentem Jacka Kuronia, jednego z czołowych reprezentantów prozachodniej orientacji w polskiej polityce. W każdym razie dzięki tak zarysowanej linii politycznej powstała w maju br. partia „Razem” od samego początku swojej działalności mogła liczyć na promocję w mediach holdingu „Agora”.

Zbyt daleko posunięta byłby oczywiście teza, że „fioletowi” (od koloru partyjnych flag) to kreacja Adama Michnika, ale z pewnością medialne wsparcie dla nich korespondowało z jego „odwiecznym” dążeniem do wykreowania lewicy nie wywodzącej się z PZPR-owskich korzeni i bez zastrzeżeń atlantycko-rusofobicznej. Wyrok na postkomunistyczny SLD lider „Gazety Wyborczej” wydał już w grudniu 2014 roku, obwieszczając na łamach „GW”: „To jest partia schyłkowa. Oni swoją szansę już mieli i jej nie wykorzystali”.

I trudno się dziwić takiemu nastawieniu, biorąc pod uwagę choćby ewolucję, jaką wykazywał w ostatnich miesiącach Leszek Miller w odniesieniu do tematyki rosyjsko-ukraińskiej, traktowanej przez Michnika niemal obsesyjnie. Warto w tym miejscu przytoczyć dłuższy fragment z wywiadu, jakiego w czerwcu br. (niemal równocześnie z publikacją „ukraińskiego” stanowiska Rady Krajowej „Razem”) lider SLD udzielił Przemysławowi Prekielowi z „Przeglądu Socjalistycznego”: „Rusofobia urosła do rangi doktryny państwowej, realizowanej przez rządzącą prawicę. W tym przypadku nie ma różnic między PO i PiS. Obie partie prezentują podobny sposób widzenia Rosji. To się przekłada na sposób widzenia konfliktu na Ukrainie. Roman Dmowski nie jest moim idolem, ale w jednym ze swoich pism napisał: „W Polsce nie brakuje ludzi, którzy bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę”. Zgadzam się z tym, tak niestety jest. Antyrosyjskość urosła do rangi polityki państwowej. W ten sposób oceniamy też wydarzenia na Ukrainie. Im bardziej Ukraina dopieka Rosji, tym lepiej. Uważam to za bardzo poważny błąd. Dlatego, że życząc Ukraińcom pokojowego rozwiązania tego konfliktu, zdaję sobie również sprawę, że Rosji nie da się wyeliminować z ogólnoświatowej polityki. (…) Złożyliśmy w Sejmie projekt uchwały wyrażającej niepokój polskiego Sejmu w sprawie odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego. Nasz głos jednak wynika z naszej siły w parlamencie. To jest skandal, dlatego, że jakby dla poprawności stosunków z Ukrainą nasze władze nie chcą widzieć tego, co działo się na Wołyniu. Nie chcą potępić odradzającej się ideologii banderowskiej, tych symboli, które widzimy na Ukrainie, jak chociażby SS Galizien. (...) My nie możemy powiedzieć Ukraińcom, na jakich tradycjach mają się opierać, ale powinniśmy wyrazić nasze stanowisko i nasze zaniepokojenie. Jeżeli nowa Ukraina ma się opierać na micie założycielskim UPA, to my po prostu nie podzielamy tych poglądów. Jako Polacy mówimy wyraźnie – drodzy sąsiedzi, możecie wybierać sobie symbole jakie chcecie, ale nie będziemy milczeć, będziemy mówić wam, co my w tej sprawie czujemy”.

Różnica w porównaniu z rusofobicznym stanowiskiem „Razem” fundamentalna, wręcz drastyczna.

Kreacja mediów „Agory”

Na promowanie „Razem” przez media „Agory” zwrócił uwagę m.in. lewicowy „Dziennik Trybuna” w powyborczym komentarzu: „Zandberg od wielu miesięcy był regularnie gościem w TOK FM, a jego partia od początku istnienia cieszyła się wyjątkową przychylnością „Gazety Wyborczej” i portalu gazeta.pl, gdzie nawet kilka razy dziennie pojawiały się informacje na jej temat. Jeśli ktoś nie wierzy, może sobie sprawdzić w Internecie, od kiedy i jak często media należące do Agory S.A. publikowały materiały na jej temat. Znacznie rzadziej ten faktyczny szef partii „Razem” bywał w telewizji, do której posyłano mniej znaczących działaczy tej partii, o której coraz częściej mówi się „dzieci Michnika”.

Zabieg raczej celowy, bo o ile młodzi działacze „Razem” w wielu przypadkach są faktycznie nowicjuszami w polityce, co było bardzo widoczne w ich infantylnych wypowiedziach, to tego samego nie można już powiedzieć o Zandbergu, który w polityce działa od blisko 20 lat i w tym czasie zdołał już zgromadzić co nieco na swoim politycznym koncie. Dzięki temu „gwiazda Zandberga” zajaśniała w ostatniej chwili, kiedy było za mało czasu przed ciszą wyborczą, aby zainteresowani mogli zdobyć więcej informacji na jego temat i je nagłośnić. W ten sposób osiągnięto „efekt nowości”, która nowością nie jest. „Gwiazda” partii „Razem” zaczynała aktywność polityczną w Unii Pracy, był nawet wiceprzewodniczącym jej młodzieżówki – FM UP. Chociaż Zandberg podkreśla swoją niechęć do lidera SLD Leszka Millera, nie zrezygnował z tej ważnej funkcji wtedy, kiedy partia, do której należał, współrządziła z SLD, a Miller był premierem. Odszedł z niej dopiero pod koniec rządów następnego premiera powołanego przez koalicję SLD-UP Marka Belki”.

Mimo wspierania od samego początku przez „Agorę” i zmasowanej reklamy przez pozostałe media w ostatnich dniach kampanii, partii „Razem” nie udało się wejść do Sejmu, przekroczyła jednak barierę 3 proc., co gwarantuje finansowanie z budżetu państwa na poziomie około 4 mln złotych rocznie. To ogromne pieniądze, które mogą pozwolić na dalszy rozwój tej partii o programie zakrojonym zgodnie z wizjami Adama Michnika. A w obliczu możliwego rozkładu SLD taka silna finansowo alternatywa może skutecznie zablokować wyłanianie się na lewicy formacji o obliczu antyimperialistycznym, czyli antyamerykańskim i antynatowskim, a także eurosceptycznym. A więc polskiego odpowiednika faktycznie antysystemowych ugrupowań (socjalistycznych i komunistycznych), które w obliczu kryzysu ekonomicznego nabierają znaczenia na Zachodzie Europy. Jeśli taki plan się powiedzie, zamiast antysystemowej lewicy społecznej będziemy mieli w Polsce „koncesjonowaną”, nieszkodliwą dla systemu, wręcz pozostającą z nim w symbiozie NATO-lewicę.

Jacek C. Kamiński
fot. profil fb partii Razem
Myśl Polska, nr 47-48 (22-29.11.2015)

Dzial: