Etykieciarstwo zamiast analizy

III KongresSND.jpg
Względem najnowszej publikacji autorstwa Marka Chodakiewicza oraz Jolanty i Wojciecha Muszyńskich mam mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony, praca „Polska dla Polaków! Kim byli i są polscy narodowcy” stanowi od dawna oczekiwaną nową syntezę dziejów jednego z najważniejszych w najnowszej historii Polski ruchów politycznych.

Ostatnie opracowania tematyce tej poświęcone, jeżeli nie liczyć przyczynkarskiej publikacji Edwarda Węgierskiego „Fragmenty z dziejów Ruchu Narodowego i nie tylko. Lata pracy i walki (1886-2002)” (Krzeszowice 2006), pochodzą jeszcze sprzed roku 1989. Wymienić tu należy przede wszystkim dwie prace Jerzego Janusza Tereja („Idee, mity, realia. Szkice do dziejów Narodowej Demokracji”, Warszawa 1971; „Rzeczywistość i polityka. Ze studiów nad dziejami najnowszymi Narodowej Demokracji”, Warszawa 1979) oraz syntezę Romana Wapińskiego („Narodowa Demokracja 1893-1939. Ze studiów nad dziejami myśli nacjonalistycznej”, Wrocław 1980). Nie oznacza to, abym dyskredytował dorobek naukowy sprzed 1989 r., bynajmniej, uważam że pomimo obecnej w nich nadbudowy ideologicznej, pisane wówczas prace stały pod wieloma względami na znacznie wyższym poziomie, niż te powstające współcześnie. Nowa synteza dziejów endecji była potrzebna przede wszystkim ze względu na fakt, iż dokonał się w badaniach nad ruchem narodowym ogromny postęp.

okl mucha.jpg

Po roku 1989 o żadnym innym polskim obozie politycznym nie powstało tyle opracowań co o Narodowej Demokracji. Znajdują się wśród nich edycje nowych źródeł, liczne monografie struktur regionalnych, prace traktujące o myśli politycznej, opracowania prasoznawcze, wreszcie szereg biografii, poświęconych nie tylko czołowym działaczom obozu narodowego. Wszystko to wymagało (i wymaga) syntetycznego ujęcia. Z tej zatem perspektywy, każda nowa próba na tym polu, w tym i opisywana praca, muszą cieszyć. Książka spółki Muszyńscy-Chodakiewicz wyróżnia się także bardzo pozytywnie, na tle wielu innych prac, od strony edytorskiej. Niewątpliwym plusem pracy jest m.in. bogata ikonografia. Duża w tym zasługa Wydawnictwa Zysk i S-ka. Do wysokiego poziomu w tym względzie zdążyło nas już autorskie trio przyzwyczaić, aby wspomnieć jedynie pracę W. J. Muszyńskiego „Duch młodych. Organizacja Polska i Obóz Narodowo-Radykalny w latach 1934-1944. Od studenckiej rewolty do konspiracji niepodległościowej” (Warszawa 2011).

Tym, co stanowi podstawowy mankament pracy, jest cechujący ją brak naukowego obiektywizmu. Książka jest de facto kolejną odsłoną sporu o tradycję obozu narodowego, odnajdujemy w niej konsekwentne rozwinięcie znanych już z wcześniejszych opracowań tez. Clou sporu dotyczy oceny okresu po roku 1945. W dokonywanych wówczas przez ludzi obozu narodowego wyborach, sprowadzających się do kontynuowania walki zbrojnej oraz konsekwentnym kontestowaniu powojennej rzeczywistości na emigracji, autorzy zdają się widzieć jedyną słuszną drogę, wykluczając niemal całkowicie jakąkolwiek legalną działalność w kraju. Uzasadnieniu podobnej wizji służy m.in. eksponowanie tych wątków z tradycji opisywanej formacji, które ukazują jej niepodległościowe i antykomunistyczne oblicze. Autorzy nie stronią przy tym od formułowania radykalnych ocen, w widoczny sposób angażując się po stronie „nieprzejednanych”. Na pozytywną ocenę autorów mogą liczyć jedynie żołnierze wyklęci, niezłomni emigranci oraz działacze opozycji demokratycznej.

PAX pod wodzą Bolesława Piaseckiego ukazany został jako organizacja kolaborancka, której autorzy nie uznają w zasadzie za formację narodową, zajmując się nią niejako z musu: „Wielu historyków do dziś uważa, że Piasecki i jego formacja to część ruchu narodowego w Polsce po 1945 r. Nie podzielamy tego przekonania (...) Chichotem historii jest fakt, że chcąc mówić o endecji po 1945 r., wciąż musimy odnosić się do Piaseckiego i PAX”. Ogólnopolskie Stowarzyszenie, zrzeszające setki narodowców różnych odcieni, którego zasługi na gruncie kultury katolickiej są nie do przecenienia, aktywnie propagujące myśl zachodnią, kultywujące tradycję Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego, bez pomocy materialnej którego nie obyła się praktycznie żadna niezależna inicjatywa środowisk narodowych w PRL-u (na czele z funkcjonowaniem salonu na Pięknej, którego spotkania odbywały się w mieszkaniu mecenasa Napoleona Siemaszki, które ten otrzymał od władz Stowarzyszenia), ustępuje w omawianej pracy działającej nieco ponad trzy lata, kilkudziesięcioosobowej Lidze Narodowo-Demokratycznej.

Także środowiska skupione wokół seniorów ruchu narodowego – Konstantego Skrzyńskiego, Leona Mireckiego, Leona Mrzygłockiego i N. Siemaszki (tzw. salony), nie zostały ocenione zbyt wysoko: „Fałszywa analiza rzeczywistości PRL nie pozwoliła endekom na wypracowanie ani strategii, ani taktyki w stosunku do komunistów i innych ideowych adwersarzy. Trwali w posłuszeństwie wobec Kościoła jako katolicy i jako niedobitki swojej formacji. Po fiasku nieśmiałych prób legalizacji w latach 1956-1958, do 1980 r. (ale także później) pozostawali zamknięci we własnym gronie. Rozważania koncentrowały się wokół tego, czy narodowi bolszewicy pobiją trockistów – środowisko staroendeckie po prostu ograniczyło się do kibicowania «narodowym komunistom»”.

Dla ilustracji trwania bywalców ówczesnych salonów przy dawnych poglądach autorzy zacytowali m.in. fragment wywiadu, jakiego „Myśli Polskiej” udzielił Jerzy Marian Zieliński, aktywnie działający w latach 70. w Polskim Komitecie Obrony Życia, Rodziny i Narodu („MP” nr 5/2007). Sympatia autorów wyraźnie lokuje się jednak po stronie narodowców angażujących się w „Solidarność”, tych skupionych w Ruchu Młodej Polski oraz w jeszcze większym stopniu... działaczy Konfederacji Polski Niepodległej, Federacji Młodzieży Walczącej oraz „Solidarności” Walczącej. Z perspektywy solidarnościowej ekstremy, aktywność Leona Mireckiego, Jana Dobraczyńskiego i Jana Bogdanowicza jawi się autorom jako skansen, swoisty endecki „kabaret starszych panów”.

Na podobną ocenę zasługują zdaniem autorów także późniejsze inicjatywy. Warto w tym miejscu przytoczyć dłuższy passus poświęcony środowisku „Myśli Polskiej”: „Wraz z przekazaniem SND majątku emigracyjnego SN przeniesiono do kraju redakcję «Myśli Polskiej», której kierownictwo powierzono innemu przedstawicielowi «różowej», czyli «peerelowskiej endecji» - Janowi Engelgardowi, synowi oficera wojskowych służb specjalnych PRL (WSW), w latach 80. działaczowi PAX i uczestnikowi imprez organizowanych przez PRON. Pod jego kierownictwem «Myśl Polska» zaczęła powolną ewolucję w lewo, m.in. występując coraz ostrzej przeciwko lustracji i dekomunizacji, «represjom» dotykającym rzekomych patriotów z komunistyczną przeszłością (np. Ignacy Loga-Sowiński), wspierała komunistycznych kombatantów z GL/AL, broniła postaci Zygmunta Berlinga i rehabilitowała pisarstwo Ryszarda Gontarza, który pod pseudonimem «Brochocki» publikował na jej łamach swoje artykuły. Łamy «Myśli Polskiej» stały się też otworem dla ludzi związanych z «Grunwaldem», na czele z Filipskim i Porębą; pojawiały się nawet przedruki z pism postkomunistycznych i lewicowych”. Warto tu przypomnieć, iż w momencie swego powstania SND było jak najdalsze od „różowej” endecji, tworzone było na zasadzie przeciwwagi dla SN „Senioralnego”.

Znane są ówczesne krytyczne wypowiedzi, w tym i samego red. Engelgarda, na temat „grunwaldowskich” konotacji reaktywowanego z inicjatywy Jana Matłachowskiego SN „Senioralnego”. W artykule zatytułowanym „Co dalej z Ruchem Narodowym?” późniejszy naczelny „Myśli Polskiej”, nomen omen na jej łamach, pisał: „Tylko nieliczne organizacje wolne są od dominującego wpływu patologicznych indywiduów, którzy niszczą je od wewnątrz, podtrzymując stan permanentnej niemocy i spychają je na margines marginesów. Niestety nie obroniło się przed tą zmorą także Stronnictwo Narodowe /senioralne/. Działalność w jego strukturach byłych aktywistów PZPR i Zjednoczenia Patriotycznego «Grunwald» spowodowała narzucenie tej organizacji pewnego stylu, który jest nie do przyjęcia. Odzwierciedla się to zarówno w ubóstwie myśli programowej, koncentrowaniu się na kilku hasłach, będących zbitką propagandową z lat 30-tych i dorobku «nacjonal-komuny»” („MP” nr 1-6/1991).

SND 2.jpg
I Kongres SND (Warszawa, 21-22 czerwca 1991, w środku gość Roman Bartoszcze, prezes PSL)

„Lewicowa ewolucja” „Myśli” była w dużej mierze wynikiem postępującego, mniej więcej od końca lat 90. ub. wieku, procesu tendencyjnego ukazywania dziejów Polski po roku 1945. Zapoczątkowany wówczas, przy walnym udziale IPN-u, proces sprowadzał się do odmawiania PRL-owi jakichkolwiek cech państwowości polskiej, z równoległym negowaniem, nawet najbardziej oczywistych (jak zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, uprzemysłowienie kraju, reforma rolna i likwidacja analfabetyzmu na wsi), jego osiągnięć. Pomijając jednak oczywiste mijanie się autorów z faktami, stwierdzić należy, że doszukiwanie się źródeł ewolucji ideowej w uwarunkowaniach rodzinnych wydaje się zabiegiem mocno nie na miejscu. Trudno też nie odnieść wrażenia, że przywołany powyżej fragment, poza swoim denuncjatorskim tonem, stanowi swoiste novum w ramach toczonych dotychczas w łonie środowisk narodowych dyskusji i polemik. Bez względu na występujące różnice, narodowcy starali się dotąd zachowywać dla swych adwersarzy minimum szacunku...

Wartościowanie i podział środowisk narodowych dotyczy zresztą nie tylko dziejów endecji po 1945 r., czytając wcześniejsze rozdziały dostrzec można podobne zestawienia: stara endecja – Ruch Młodych, „Falanga” – ONR „ABC”, NOW – NSZ. Na s. 185, 189 dowiadujemy się np., że „W szeregach ONR-OP (ONR – Organizacja Polska, której zewnętrznym wyrazem była działalność grupy „ABC” – przyp. M.M.) – obok znanych polityków i publicystów – znalazło się wiele wybitnych osobistości lat 30. Środowisko to skupiało niemal wyłącznie młodą inteligencję, absolwentów wyższych uczelni, często z dyplomami doktorów i profesorów (...) Członkowie «Falangi», w przeciwieństwie do ONR-OP, uczestniczyli aktywnie w starciach z policją, protestach antyrządowych i wystąpieniach skierowanych przeciwko socjalistom i mniejszości żydowskiej. W szeregach RNR dominowała bezrobotna młodzież i osoby z tzw. marginesu społecznego ze stołecznych przedmieść i małych miasteczek, przedstawiciele inteligencji i studentów byli w mniejszości”. Zatem „ABC” kontra „Falanga”, z jednej strony mamy prawdziwy ONR – inteligencki, elitarny, nie zniżający się do bojówkarskich metod marginesu, z drugiej zaś „lumpendecja” przyszłego kolaboranta „Bola” Piaseckiego. Tak buduje się mit „endecji z czarnym podniebieniem”.

Pozwolę sobie w tym miejscu na osobistą refleksję. Czytając niedawno książkę-reportaż dziennikarki związanej z „Gazetą Wyborczą” na temat Ku Klux Klanu (K. Surmiak-Domańska, „Ku Klux Klanu. Tu mieszka miłość”, Wołowiec 2015), odniosłem wrażenie, że opisała ona środowisko południowoamerykańskich klansmenów bardziej przychylnie i obiektywnie niż trójka autorów „niemiłe” sobie środowiska narodowców.

Praca roi się przy tym od zabawnych nowotworów, określeń ukutych przez autorów dla opisania różnych odcieni ruchu narodowego, poza paleoendecją, do której czytelnik zdążył się już przyzwyczaić, mamy np. „lumpenendecję” (jej odpowiednikiem w obozie lewicy jest „chamokomuna”). Pomijając humorystyczny charakter tego typu sformułowań zastanowić się należy, czy stosowanie podobnych określeń nawet w pracy popularnonaukowej, do której książka aspiruje, wydaje się zasadne? Celowo pomijam także analizę kilkudziesięciostronicowego „Postscriptum”, w którym autorzy zamieścili wskazania programowe dla obozu narodowego na przyszłość. Koniec końców, w efekcie miast syntezy dziejów endecji otrzymujemy coś na kształt manifestu, deklaracji ideowej, czegoś w rodzaju podręcznika dla młodych adeptów „Ruchu Narodowego”.

To właśnie formacja, której kilku przedstawicieli znalazło się w nowym Sejmie, a której opis wieńczy dzieje opisywanej formacji (dla przykładu Liga Polskich Rodzin wspomniana została jedynie incydentalnie), ma zdaniem autorów odrodzić wielki niegdyś obóz polityczny. W efekcie praca jest w równym stopniu historią endecji, co „Historia WKP(b). Krótki kurs” dziejami ruchu rewolucyjnego w Rosji. Jest to w dużej mierze autorska projekcja dziejów endecji, przykrawana pod współczesne potrzeby i tendencje. Z takiej perspektywy historia Narodowej Demokracji jawi się jednak bardziej jako genealogia partii, która wygrała ostatnie wybory, niźli bogata tradycja, która winna kształtować fundamenty polityki polskiej także i dziś.

Maciej Motas
Marek J. Chodakiewicz, Jolanta Mysiakowska-Muszyńska, Wojciech J. Muszyński, „Polska dla Polaków! Kim byli i są polscy narodowcy”, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2015, ss. 559.

Spece od „chamokomuny” i TW

Artur Zawisza entuzjastycznie ocenił nową książkę Marka j. Chodakiewicza oraz Jolanty i Wojciecha Muszyńskich pt. „Polska dla Polaków! Kim byli i są polscy narodowcy”. Ja, w przeciwieństwie do niego, takim entuzjastą nie jestem. Nie tylko dlatego, że państwo autorzy raczyli, w ramach wyjaśniania różnych zawiłych aspektów dziejów ruchu narodowego, posłużyć się wobec mnie argumentem ad personam („syn oficera wojskowych służb specjalnych PRL”), co jest jak wiadomo metodą czysto bolszewicką – ale dlatego, że książka ta jest intelektualnym hucpiarstwem.

Pisze o tym obok Maciej Motas, więc ja skoncentruję się na innych aspektach. Przede wszystkim ta książka jest w dużej mierze nie na temat. Opisując obszernie dzieje ruchu narodowego w PRL autorzy zajmują się często osobami i środowiskami nie mającymi nic wspólnego z tradycją endecką (Tejkowski, Grunwald, KPN, itp.). Ci ludzie nawet nie uznawali się za „endeków”, co najwyżej posługiwali się nieraz fragmentami myśli narodowej. Po co więc poświęcać im tak dużo miejsca? Po to, żeby obrzydzić i ośmieszyć autentycznych działaczy narodowych? Po to, żeby wprowadzić zamieszanie? Mianem ruchu narodowego mogą posługiwać się tylko ci, którzy sami się za takich uznawali bądź byli w orbicie oddziaływania ludzi mających do tego prawo.

W latach 80. takimi ludźmi byli w Polsce Napoleon Siemaszko i Leon Mirecki (mający mandat SN w Londynie). Byli nimi także Wiesław Chrzanowski i Jan Zamoyski. Ale także byli działacze SN przedwojennego – Jan Matłachowski, Jan Bogdanowicz, Władysław Gędłek, Leon Mrzygłodzki i Jan Dobraczyński. Taką osobą był też bez wątpienia Jędrzej Giertych, mający ogromny wpływ na nasze pokolenie. Z większością z nich byłem związany, więc nie muszę się przed państwem autorami z niczego tłumaczyć. Na pewno zaś odpryski KPN-u i pokrewnych nie były przez nas zaliczane do ruchu narodowego, były przez nas traktowane jako niebezpieczne dla Polski ze względu na radykalizm i podatność na prowokację z zewnątrz. Dla nas, tak dla „starych”, jak dla „młodych” głównym wrogiem był KOR, ale i KPN (choć w mniejszym stopniu). Opinię tę podzielał i Jędrzej Giertych, i Londyn. Tego żadne łamańce i sztuczki nie zmienią.

Fawley Court 1989.jpg
Jan Engelgard (pierwszy z prawej) w Fawley Court pod Londynem na nardzie emigracyjnego SN w 1989 roku. Od lewej: Konrad Niklewicz, prof. Tomasz Wituch i NN.

To po pierwsze. Po drugie, próbując nakreślić nieprawdziwy obraz ruchu narodowego autorzy stosują metodę przyczepiania łatek, prymitywnych potworków językowych typu „różowa endecja” czy „chamokomuna”, co pokazuje na jakim poziomie operują. Prymitywem i skansenem są dla nich ci, którzy nie pasują do koncepcji „prawdziwych” narodowców, za to ci pasujący już takimi nie są, choć analiza tego, co wypisywali i mówili wtedy jest raczej druzgocąca. Inna finezyjna metoda polega na informowaniu o tym, kto w ruchu narodowym był TW. Ot tak, od niechcenia, wrażenie jest jednak takie – była to „endekoesbecja” (termin użyty przez Sławomira Cenckiewicza), sterowana przez MSW.

Okazuje się jednak, że to etykietowanie jest wybiórcze. Kiedy autorzy piszą o swoich pupilach – informacje o tym, że ktoś był TW lub miał kontakty z SB znika niczym woda na pustyni. Np. Leszek Moczulski. Żadnej wzmianki, choć w przypadku Jana Matłachowskiego autorzy z uporem informują o TW „Maksym” kilka razy. Tymczasem o tym, że Moczulski był TW orzekł Sąd Najwyższy. „Sąd odrzucił tezę lustrowanego, że jego akta SB sfałszowała w 1984 r., by go skompromitować na żądanie władz ZSRR – czemu przeczy „logiczny i spójny układ akt sprawy”, którą zajmowali się czterej oficerowie prowadzący. Moczulski – który odwołał się do II instancji – twierdził, że spotkania z SB były faktycznie przesłuchaniami, podczas których odmawiał odpowiedzi na pytania”.

To samo dotyczy innych, w tym znanego historyka z salonu Napoleona Siemaszki, którego kontakty z SB (choć niegroźne) są tajemnicą Poliszynela. Podczas rozmów z SB mówił on jasno, że stan wojenny był koniecznością, bo KOR chciał sprowokować interwencję sowiecką i krwawą jatkę. Słusznie mówił, choć teraz twierdzi coś innego. Gdyby ta wiedza dotyczyła kogoś innego, niemiłego autorom, byłaby w książce na poczesnym miejscu. A tak, sza, cisza… Dotyczy to również paru innych osób (w tym środowiska Janusza Zabłockiego). Piszę o tym po to, żeby pokazać „obiektywizm” autorów, a nie po to żeby kogoś oskarżać o cokolwiek.

Tzw. nurt „niepodległościowy” i radykalnie antykomunistyczny (rozumiany wedle dzisiejszych pojęć) nie istniał w autentycznej części ówczesnego ruchu narodowego (nawet RMP takim nie był). Jeśli teraz niektórzy za takich się uznają, to zaprzeczają temu, kim byli wtedy, w latach 80. Jest to współczesna projekcja, przystosowanie się do obowiązującego obecnie schematu myślenia o PRL i tamtych czasach. Spędziłem sporo godzin na rozmowach z Napoleonem Siemszaką, Leonem Mireckim i innymi seniorami (także z Antonim Dargasem i Wacławem Całusem) oświadczam, że obraz ruchu narodowego kreślony przez autorów jest zakłamany i nieprawdziwy.

Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 47-48 (22-29.11.2015)

Dzial: