Strategiczne cele polityki rosyjskiej

putin krym.jpg
Nowa Rosja odrzuciła schedę ideologiczną komunizmu, ale to nie oznacza, że pozbyła się odpowiedzialności geopolitycznej za przestrzeń poimperialną. Putin był na początku jako prezydent nastawiony pozytywnie do Zachodu. Być może był jednym z najbardziej proeuropejskich liderów, jakich kiedykolwiek miała Rosja. Jednakże wraz z wewnętrzną konsolidacją państwa polityka rosyjska stawała się coraz bardziej asertywna, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę interesów w „bliskiej zagranicy”.

Tym bardziej że Zachód nie tracił inicjatywy w rozszerzaniu NATO na Wschód czy budowaniu nowego systemu zbrojeń ofensywnych w postaci tarczy antyrakietowej. Rosja te akty odbiera jako skierowane przeciwko niej. Wskazuje, że „pod płaszczykiem” demokratyzacji Zachód, a ściślej USA i UE realizują swoje cele strategiczne, nastawione na jej okrążenie. Rosjanie uznają, że narzucanie państwom wzorów ustrojowych z zewnątrz godzi w podstawy prawne porządku międzynarodowego, narusza zasady suwerennej równości i nieingerencji w ich sprawy wewnętrzne. Rosja broni ładu pluralnego, co można odebrać jako obronę reżimów autorytarnych. Ale faktem jest, że większość państw na świecie ma ustroje niedemokratyczne, dalekie od wzorów zachodnich, dlatego Rosja mieni się rzecznikiem tych odmienności, mając przede wszystkim w tej sprawie poparcie autorytarnych Chin.

Rozczarowanie Zachodem

Rosję zaczęły irytować naciski ze strony Unii Europejskiej, stosującej zasadę warunkowości, to jest poszerzania współpracy za cenę zmian ustrojowych, mających przybliżyć ją do standardów zachodnioeuropejskich w dziedzinie demokracji, państwa prawa i praw człowieka. Broniąc swojej tożsamości i powołując się na własną specyfikę, Rosjanie nie czują się bynajmniej mniej „europejscy” niż ich zachodni partnerzy. Zwłaszcza że wobec innych państw dawnej Europy Wschodniej, pretendujących do struktur zachodnich, w oczach Rosjan Europa była bardziej wyrozumiała i pobłażliwa. Poza tym Rosjanie obstają przy poszanowaniu suwerenności, co przypomina im bardziej standardy Europy z czasów de Gaulle’a, Churchilla i Adenauera, a nie dyktat biurokratów brukselskich i powszechnie narzucaną nową formę ideologizacji w postaci politycznej poprawności. Umacnianiu się Rosji sprzeciwiają się głównie Stany Zjednoczone, które po zniknięciu ZSRR jako zimnowojennego rywala zajęły pozycję hegemona w zakresie kontroli nad przestrzenią globalną.
Oznacza to, że stały się one jedynym mocarstwem, które oprócz zapewnienia sobie kontroli własnych domen ma także zdolność kontrowania działań potencjalnego przeciwnika w dowolnej części przestrzeni globalnej.

Arbitralnie definiują swoje cele i interesy, narzucając innym państwom swoją wizję porządku międzynarodowego, co wywołuje naturalne kontrowersje i obawy przed totalną amerykanizacją systemu międzynarodowego. Pretendują ponadto do występowania w imieniu całej „społeczności międzynarodowej”, co wywołuje odruchy sprzeciwu nie tylko Rosji czy Iranu, ale także Chin i Indii. To oznacza, że tzw. reszta świata zaczyna upominać się o swoje racje i jest gotowa mobilizować się przeciw Zachodowi, jeśli ten nie zrewiduje swoich ambicji.

W kontekście trwającej wojny informacyjnej między Zachodem a Rosją mało kto próbuje udzielić odpowiedzi na dwa najważniejsze pytania: kto postawił państwa Europy Wschodniej przed koniecznością wyboru między opcją europejską a opcją rosyjską? Kto nie docenił ryzyka, nie zdając sobie sprawy z tego, że posuwanie się Zachodu na Wschód prędzej czy później wywoła ostrą ripostę Rosji? Ukraina jest tragiczną ofiarą tego dylematu, stając się „ogniwem niezgody” nie tylko między Rosją a Unią Europejską, ale także między Rosją a USA, które z cyniczną premedytacją uczestniczą w tej groźnej grze geopolitycznej. Mamy więc do czynienia z rewizjonizmem geopolitycznym obu stron – i Zachodu, i Rosji – choć żadna z nich do tego się nie przyznaje. Rezultatem tego zjawiska jest erozja reguł politycznych i prawnych wypracowanych po II wojnie światowej. Chodzi przede wszystkim o podważenie zasad integralności terytorialnej państw i nienaruszalności granic, ale także nieingerencji w sprawy wewnętrzne, o czym się zapomina, zwłaszcza z perspektywy państw zachodnich, których nie gorszy ani wysyłanie obcych wojsk na Ukrainę, ani „internacjonalizacja” rządu ukraińskiego, w którym zasiadają obywatele innych państw.

Nowego uzasadnienia wymaga też prawo narodów do samostanowienia. Okazuje się bowiem, że wola mniejszości narodowych na danym terytorium może być powodem proklamowania nowych jednostek geopolitycznych lub zmiany ich przynależności państwowej, bez oglądania się na wolę większości. Secesje wspierane zbrojnie z zewnątrz, stają się źródłem poważnych zagrożeń dla pokoju międzynarodowego. Na tle kryzysu ukraińskiego widać wyraźnie porażkę dotychczasowego systemu pokojowego rozwiązywania sporów międzynarodowych. Gdy możliwe staje się stosowanie sił zbrojnych dla rewizji porządku terytorialnego, świat instytucji i norm prawnomiędzynarodowych ulega paraliżowi. Tam, gdzie siła wyprzedza prawo, mamy do czynienia z takimi aktami, jak bombardowanie Jugosławii w 1999 r. przez wojska NATO bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, w celu uzyskania statusu autonomii dla Kosowa, albo wcześniej bezprawna napaść na suwerenny Irak w 2003 r. w celu obalenia niewygodnego dyktatora Saddama Husajna. Wojskowa akcja Rosji na Krymie w 2014 r. należy do tych samych działań, ubranych w „prawniczy płaszczyk”. Rosja, powołując się na precedens Kosowa, usprawiedliwiała krymskie referendum dotyczące przyłączenia półwyspu do niej i miała w tym względzie rację. Nie zmienia to jednak negatywnych skutków jej zachowania.

Przeciwko atlantyzmowi

Rosja nie godzi się z tym, aby atlantycki system bezpieczeństwa rozprzestrzeniał się na cały świat. Znajduje przy tym zrozumienie w wielu kręgach zachodnich polityków (np. b. sekretarz obrony USA Robert Gates) i analityków (np. Angela Stent), którzy przyznają, że Zachód postąpił w sposób arogancki, chcąc narzucić osłabionej Rosji wzorce, jak powinna postępować w sprawach wewnętrznych i międzynarodowych. Prędzej czy później musiało to wywołać reakcję w postaci resentymentów i chęci powetowania strat. Brytyjski rosjoznawca Richard Sakwa zauważył, że motywy zachowań rewizjonistycznych Rosji nie tkwią w próbach tworzenia nowych reguł gry z Zachodem czy poszukiwania alternatywnego ładu międzynarodowego, lecz w usiłowaniu wyegzekwowania posłuchu dla istniejących standardów w skali uniwersalnej (R. Sakwa, „Frontline Ukraine. Crisis in the Borderlands”, L.B. Tauris, London 2015, s. 31).

Rosja przy tym ostro sprzeciwia się „podwójnym standardom” w stosowaniu istniejącego prawa. Przywódcy rosyjscy wielokrotnie dawali do zrozumienia, że nie dopuszczą do naruszenia „czerwonej linii”, związanej ze strefą wolną od zagrożeń. Tak jak USA mają swoją doktrynę Monroe, tak Rosja uważa, że ma swoje żywotne interesy w „bliskiej zagranicy” i nie zamierza z nich rezygnować. Są to bowiem interesy zdeterminowane przez takie wartości, jak całość, pewność, tożsamość i suwerenność. Wojna gruzińska 2008 r. była zdecydowaną lekcją realizmu i jasnym sygnałem, że „epoka rosyjskiej słabości” jest epizodem, który należy już do przeszłości. Wydarzenia na Ukrainie pokazały, że Zachód nie przyjął tej lekcji do wiadomości.

Celem Rosji nie jest odbudowa imperium jako formy władania innymi narodami. Projekt Putina zmierza raczej do konsolidacji państwa rosyjskiego jako organizacji wieloetnicznego narodu rosyjskiego (pod hasłem panrosjanizmu), dla którego forma imperialna oznacza sposób zarządzania wielką przestrzenią państwową. Rosja broni terytorialnego stanu posiadania, z zachowaniem dystansu wobec strony przeciwnej, czyli Zachodu. W tym rozumieniu Rosji zależy na utrzymaniu wokół siebie państw o statusie buforowym, a nie na bezpośrednim ich włączaniu do Federacji. Przypadek Białorusi jest w tej mierze niezwykle pouczający.

Broniąc swojego stanu posiadania i roztaczając opiekę nad Rusofonią (prymat interesów ludności rosyjskojęzycznej nad terytorium), Rosja bynajmniej nie przyznaje się do tego, że jest państwem rewizjonistycznym. Obiektywnie jednak drogą faktów dokonanych, doprowadziła do „ponownego zjednoczenia” Krymu z macierzą. W tym nazewnictwie zdaniem Rosjan nie chodzi wyłącznie o „błąd terminologiczny”, ale o istotę zmian, jakie zaszły na Ukrainie. W swojej diagnozie Rosjanie akcentują brak konstytucyjnej legitymizacji zdarzeń, które doprowadziły do kryzysu ukraińskiego i jego eskalacji w postaci konfliktu w Donbasie. Ich zdaniem, „siłowa zmiana władzy” na Ukrainie była zwrotem w traktowaniu przez Zachód prawa międzynarodowego. Przejęcie kontroli nad Krymem było jedynie następstwem wydarzeń w Kijowie, gdzie doszło do niekonstytucyjnego przewrotu. Ponadto powrót Krymu do Rosji dokonać się miał w majestacie prawa do samostanowienia.

Krymski przypadek

Wola mieszkańców Półwyspu została wyrażona w plebiscycie, w którym 96,77% uczestników wypowiedziało się za przejęciem kontroli nad Krymem przez Rosję. Zastanawiając się nad tym, co jest, a co nie jest rewizjonizmem, należy podkreślić, że każde tego typu zjawisko jest następstwem określonych zmian geopolitycznych, których nie akceptuje ludność spornego obszaru. Wiadomo jest, że w wyniku rozpadu ZSRR zrodziły się granice, które niekoniecznie odpowiadały aspiracjom ludności rosyjskojęzycznej, administracyjnie wcielonej do nowych państw. Tym zjawiskiem nikt wtedy specjalnie się nie przejmował, podobnie jak nie dyskutowano nad tym, komu przysługuje prawo do samostanowienia. Na podstawie uti possidetis iuris ludności rosyjskojęzycznej rozproszonej po całym imperium, odmówiono prawa swobodnego wyboru państwa, do którego chciałaby ona należeć. Arbitralny podział ZSRR na nowe jednostki geopolityczne spowodował odłożenie problemu, z którym trzeba się było zmierzyć w przypadku krymskim.

Gdy pod wpływem delegitymizacji dotychczasowej władzy politycznej w Kijowie doszło do ożywienia nastrojów separatystycznych na Krymie, trudno było oczekiwać innej postawy ze strony Rosji. Na jej miejscu podobnie postąpiłyby wszystkie inne państwa. Przykłady z przeszłości rozmaitych interwencji Stanów Zjednoczonych, także w obronie własnych obywateli, nie muszą stanowić usprawiedliwienia dla demonstracji siły ze strony Rosji, ale w obiektywnych analizach nie mogą być pomijane. Losy Krymu zostały więc przesądzone. Trudno mieć pretensje do ludności Półwyspu, że w większości opowiedziała się za powrotem do Rosji, która z kolei nie mogła odciąć się od swoich rodaków wołających o ochronę. W obliczu groźby praktyk dyskryminacyjnych ze strony nowych władz ukraińskich takie zachowania były zrozumiałe i usprawiedliwione.

Kontrola Rosji nad Krymem należy do podstawowych założeń rosyjskiej strategii. Pozwala blokować dostęp Ukrainie i Gruzji do Bosforu i Cieśniny Kerczeńskiej dla żeglugi ukraińskiej. Nadazowskie ukraińskie porty Mariupola i Berdiańska praktycznie przypominają położenie Elbląga, który łączy z otwartym morzem kontrolowana przez Rosjan Cieśnina Piławska. Obejmując kontrolę nad Krymem, Rosja ułatwiła sobie także komunikację i zaopatrzenie separatystycznego Naddniestrza. Z tych powodów trudno jest wyobrazić sobie powrót do status quo ante, na co liczą nie tylko politycy ukraińscy, ale i popierający ich politycy państw zachodnich, w czym przoduje Polska. Jest to dowód politycznego idealizmu i braku odwagi w uznaniu normatywnego znaczenia faktów dokonanych (jak choćby zrobili to dwaj byli prezydenci francuscy Valéry Giscard d’Estaing i Nicolas Sarkozy czy Henry Kissinger i Gerhard Schröder, uwzględniający przesłanki historyczne i kulturowo-etniczne, przy wszystkich zastrzeżeniach natury moralno-prawnej wobec aktu aneksji).

Inkorporacja Krymu i poparcie dla separatystów Donbasu oznaczają gotowość Rosji do ostrej konfrontacji z Zachodem, na który obecnie spada odpowiedzialność nie tylko za dalszy przebieg konfliktu, ale także za podtrzymanie Ukrainy „przy życiu”. Celem Rosji jest zapewne stworzenie w Donbasie struktur quasi-państwowych na wzór Naddniestrza i Osetii Południowej. Sprzyja temu utrzymująca się sytuacja kryzysowa na całej Ukrainie. Wydaje się, że koszty prowadzenia wojny w Donbasie – wbrew sankcjom Zachodu – są możliwe do utrzymania przez Rosję w dłuższym okresie, co powoduje, że jest ona nastawiona na długotrwały konflikt.

Odpowiedzialność za wygaszenie konfliktu ukraińskiego spoczywa na każdej ze stron. Należy oczekiwać powściągliwości tak od Putina, jak i od polityków zachodnich. Wycofanie sił rosyjskich musi iść w parze z zaprzestaniem aktywnego wsparcia dla Ukrainy ze strony USA i UE. Tymczasem na Zachodzie raczej wzmagają się naciski na dalszą eskalację konfliktu ukraińskiego. Utrzymuje się, że to Rosji i samemu Putinowi zależy na permanentnej destabilizacji Ukrainy. Będzie ona bowiem nieuchronnie prowadzić do odwracania się nastrojów społecznych od obecnych władz w Kijowie, a w efekcie do antyukraińskich buntów w Charkowie i Odessie. Pociągną one za sobą efekt domina na całej lewobrzeżnej Ukrainie, doprowadzając do rozpadu państwa. Eskalację konfliktu Zachód wykorzysta natomiast do uzasadnienia długotrwałej izolacji Rosji w świecie euroatlantyckim. Takie zdystansowanie Rosji daje zachodnim strategom nadzieję nie tyle na jej osłabienie, ile wykorzystanie czasu na odrobienie strat i wzmocnienie. Czym to się skończy dla istniejącego porządku międzynarodowego, nie wiadomo.

prof. Stanisław Bieleń
Obszerne fragmenty artykuły „Rewizjonizm geopolityczny w stosunkach międzynarodowych”
Opcja na prawo, nr 3/2015
fot. kremlin.ru

Dzial: