Walicki, Putin i „Gazeta Wyborcza”

okl walicki 2.jpg

Prof. Andrzej Walicki to jeden z najwybitniejszych znawców Rosji, wolny od trendów epoki, mód i politycznej poprawności. Dlatego rzadko gości w mediach, bo jego poglądy są całkowitym przeciwieństwem antyrosyjskiego bełkotu, jaki przelewa się przez Polskę. Tym razem Walicki zabrał głos w dyskusji na łamach „Przeglądu Politycznego” (nr 130/2015) w artykule pt. „Czy Władimir Putin może stać się ideowym przywódcą światowego konserwatyzmu?”.

Walicki, jak zawsze, z ogromną erudycją i spokojem, dokonuje analizy polityki Putina od strony ideowej. Uważa, że inspiracją dla niego są wybitni rosyjscy filozofowie i pisarze – Iwan Iljin i Aleksander Sołżenicyn. Obaj byli zdecydowanymi wrogami tradycji bolszewickiej jako sprzecznej z ideą rosyjską. Sołżenicyn pod koniec życia udzielił jednoznacznego poparcia Putinowi, czego odmawiał Jelcynowi.

Natomiast o wpływie Iljina na Putina Walicki pisze tak: „Uporczywość Putina w przypominaniu tego filozofa wiąże się, w moim przekonaniu, z dwiema okolicznościami. Po pierwsze, Iljin był wprawdzie jednym z głosicieli „rosyjskiej idei”, ale bez nadawania jej wymiaru uniwersalnie chrześcijańskiego – akceptując autorytarną wersję rządów prawa i gospodarkę rynkową, ale odrzucając wszelkie próby obciążania Rosji jakąś ogólnoludzką misją. Po drugie, nie próbował (w odróżnieniu od Bierdiajewa) usprawiedliwić w jakikolwiek sposób bolszewickiej rewolucji. Przeciwnie: w jednym z artykułów w zbiorze „Nasze zadania” przedstawiał ją jako straszliwą katastrofę Rosji i całego świata, opłakany rezultat szaleńczych poczynań całej rosyjskiej inteligencji, a zwłaszcza jej stronnictw umiarkowanie rewolucyjnych, a także niszczycielskich instynktów oszukanej klasy robotniczej i spragnionego zemsty za wiekowe krzywdy chłopstwa. Był to obraz nie pozostawiający żadnych złudzeń co do komunizmu, a jednocześnie przedstawiający komunizm (podobnie jak czynił to później Sołżenicyn) jako zło zrodzone na Zachodzie, a więc zewnętrzne wobec autentycznej kultury prawosławnej Rosji, co pozwoliło żywić nadzieję na odrodzenie kraju od podstaw, w oparciu o autentycznie własną tradycję duchową.

Putin uznał taki zwrot ku rodzimości (oznaczający w praktyce rezygnację z pokładania przesadnych nadziei w konserwatywnej okcydentalizacji Rosji) za niezbędny dlatego m.in., że nie zrealizowano planu uczczenia dynastii Romanowów przez pełne rozmachu uroczystości na Placu Czerwonym w Moskwie. Zgodnie z postulatami sformułowanymi przez prawosławną hierarchię, warunkiem urzeczywistnienia tego projektu było usunięcie z Moskwy Mauzoleum Lenina i przeniesienie jego szczątków na podmoskiewski cmentarz, na którym spoczęliby obok siebie – symbolizując w ten sposób tragiczny „los Rosji” – przywódcy „białej" i „czerwonej” strony straszliwej wojny domowej. Nie była to zła idea, ale przemyślenie jej ujawniło bezspornie, że realizacja pogłębiłaby rozgoryczenie dużej części ludności, wciąż identyfikującej swój patriotyzm z lojalnością wobec byłego ZSRR, powodując w dodatku niepożądaną radykalizację wciąż obecnej w polityce partii komunistycznej (inna rzecz, że nie mającej już nic wspólnego z Leninowskim komunizmem). Zrezygnowano więc z realizacji sensownego i wielkodusznego planu w imię praktycznego sukcesu narodowego pojednania. Ale właśnie dlatego należało jednocześnie przypomnieć funkcjonariuszom państwa, że Rosja naprawdę zerwała z radzieckim dziedzictwem, że nie ma do niego powrotu. Temu właśnie służyć miało obsesyjne niemal u Putina powoływanie się na myśliciela najbardziej jednoznacznie identyfikującego się z „białą ideą”, a więc odrzucającego wszelkie kompromisy z komunistyczną rewolucją”.

I kończy tak: „Prawdą jest, iż Rosja Putinowska ewoluuje w stronę konserwatyzmu, ale jest to ewolucja uwarunkowana i zdominowana przez problemy swoiście rosyjskie, a więc nie mogąca wpłynąć na sytuację ideologiczną w innych krajach świata. Pod tym względem konserwatyzm Putina jest zasadniczo różny od ideologii wzmacniających prawicowe tendencje w skali światowej, takich jak wolnorynkowy konserwatyzm amerykańskich republikanów lub agresywny tradycjonalizm prawicowych populistów.
Proponowana przez Putina wersja rosyjskiego konserwatyzmu (o czym świadczy m.in. powoływanie się na Sołowjowa i Bierdiajewa) wcale nie jest przy tym jednoznacznie prawicowa – ma raczej charakter apelu o odrodzenie religijno-narodowe, co może sprzyjać procesowi wypierania imperialnej formy świadomości Rosjan na rzecz świadomości postimperialnej, nie do końca jeszcze określonej, ale bardziej „unarodowionej” niż dotychczas. Nie jest to (o czym była już mowa) droga wolna od niebezpieczeństw. Byłyby one szczególnie groźne, gdyby rozwój taki przebiegał w warunkach izolowania Rosji, załamania jej gospodarki, ignorowania prawomocnych interesów Federacji Rosyjskiej oraz celowego odsuwania jej od międzynarodowej współpracy. Dlatego też, jak sądzę, polityka Zachodu wobec Rosji powinna łączyć ostrożność z życzliwym zrozumieniem trudnych wyborów tego ciężko doświadczonego kraju”.

To wystarczyło, by odezwały się nożyce, a raczej cyngiel w postaci Mirosława Czecha, który w impertynenckim artykule pt. „Profesor opiewa Putina” (GW, 18.07.2015) pisze: „[Walicki], uznał, że potrzebne jest sprostowanie „wielu, drastycznych nieraz nieporozumień na temat poglądów i działań prezydenta Rosji, od wielu lat gorliwie upowszechnianych u nas przez główny nurt publicystyki politycznej i masowych mediów”. Walicki prostuje tak, że czytelnikowi ze zdumienia oczy robią się kwadratowe. To hymn pochwalny na cześć Putina, którego nie powstydziliby się najgorliwsi propagandyści Kremla. Putin to żaden imperialista, lecz przywódca zatroskany o losy ojczyzny. I Wielki Filozof kontynuujący dorobek odrodzenia religijno-filozoficznego, które pod koniec XIX w. zapoczątkował Włodzimierz Sołowjow. Hymn dla Moskwy tym cenniejszy, że wyśpiewany przez polskiego intelektualistę”.

Pomijam już fakt, że wobec wielkiego dorobku profesora, Czech jest nikim. Ważniejsze jest to, że po raz kolejny, nie bacząc kogo reprezentuje, próbuje dezawuować jakąkolwiek racjonalną dyskusję na temat Rosji. To stała taktyka ukraińskiego lobby w Polsce, zmierzająca do tego, żeby Polacy reagowali na Rosję niczym psy Pawłowa, wydzielając ślinę i wściekle szczekając. Adam Michnik nie chciał sam atakować Walickiego, którego przez lata uznawał za autorytet, więc posłał na front cyngla Czecha, a ten ochoczo zadanie wykonał.

Czytelnicy, nawet GW, nie są już jednak tacy głupi, o czym świadczy jeden z wpisów pod artykułem Czecha: „Tekst Czecha nie ma w sobie ani grama obiektywności, nie odnosi się do żadnych faktów, wybiórczo i wyrywkowo wychwytuje pewne zdania z Walickiego. Jest to wiadro pomyj ukraińskiego resentymentu. Walicki swoje poglądy ma, ale opiera je na faktach historycznych. Bardzo szkoda, że pod nagłówkiem na nie napisano, że autor reprezentuje interesy ukraińskie, bo przecież jest we władzach Związku Ukraińców w Polsce. Jest to przykład obrzydliwej walki ideologicznej, której nie powstydziłby się Lenin. Jest mi wstyd, że na jednego z najwybitniejszych żyjących Polaków, opluwa taki podły typ jak Czech!”.

Jan Engelgard

PS. Prof. Andrzej Walicki odpowiedział na artykuł Czecha w "Gazecie Wyborczej" (wydanie internetowe z 8.08.215)

Dzial: