Nie żyje zdobywca Berlina

berlin 2.jpg
Kpt. Antoni Jabłoński, żołnierz 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, który zawiesił polski sztandar na Kolumnie Zwycięstwa w Berlinie – nie żyje. Miał 97 lat. Zmarł 6 lipca w Surażu na Podlasiu.

Jego dzieje przypomniała białostocka gazeta.pl: „ Dla pana Antoniego wojna rozpoczęła się w połowie września 1939 r., gdy do jego rodzinnej miejscowości wkroczyli Niemcy. Niedługo później na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow dzielącego Polskę między III Rzeszę i ZSRR miejsce hitlerowców zajęła Armia Czerwona.

- Rosjanie weszli do wsi i zabrali siedem osób, w tym mnie. Wcielili nas do Armii Czerwonej. Stacjonowaliśmy w okolicach Woroneża. Tam w czerwcu 1941 r. dowiedziałem się o ataku Hitlera na Związek Radziecki. W Briańsku pierwszy raz biłem się z Niemcami i zostałem ranny w nogę. Spędziłem w szpitalu półtora miesiąca, potem wysłano mnie do Czelabińska na Ural. Tam jako murarz budowałem fabryki wojenne – wspominał kilka lat temu Jabłoński.

W 1943 r. rozpoczęto formowanie 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. - Gdy tylko dowiedziałem się, że powstanie nasze wojsko, nie zastanawiałem się ani chwili. Trafiłem do Sielc nad Oką. Cały obóz musieliśmy zbudować sami – mówił pan Antoni. 12 października 1943 r. Dywizja przeszła chrzest bojowy pod Lenino. Jabłoński służył jako telegrafista w 7. baterii I Pułku Artylerii Lekkiej.

- Przez dwa dni biliśmy głową w mur. Dywizja straciła 3 tys. ludzi, 2 tys. zostało rannych. Opór hitlerowców przełamał dopiero czterogodzinny ostrzał 300 dział – relacjonował.
Wiosną następnego roku razem z frontem przekroczył granice przedwojennej Polski. Mijał Kowel, Chełm Lubelski i Lublin. Jako jeden z pierwszych widział uwolnionych więźniów Majdanka.- Płakali i obejmowali nas. Widok był wstrząsający, ale my musieliśmy iść dalej, do Warszawy. Z marszu wzięliśmy Pragę i stanęliśmy nad Wisłą. Po drugiej stronie rzeki słychać było bój. Myśleliśmy, że to nasze wojska już przeprawiły się przez Wisłę. Już mieliśmy robić to samo, gdy na motorach podjechało dwóch radzieckich oficerów i nakazało zawracać. Dopiero potem dowódca powiedział nam, że w Warszawie wybuchło Powstanie – wspominał.

Zamarzniętą Wisłę polskie wojsko przekroczyło dopiero w styczniu pod Górą Kalwarią. Rozbite niemieckie oddziały uciekały i nie stawiały oporu. Kościuszkowcy gonili ich aż do Wału Pomorskiego. Po przełamaniu jego umocnień stanęli nad Odrą.

- Po sforsowaniu Odry wiedzieliśmy, że przed nami jest już tylko Berlin, a tam czeka nas prawdziwe piekło: ulice pełne barykad, przewrócone tramwaje, snajperzy w każdym oknie. I czołgi, które strzelały bez przerwy, bo amunicję podawano im przez studzienki kanalizacyjne. Po prostu nie było gdzie się skryć – opowiadał Antoni Jabłoński.

2 maja w nocy on i żołnierze z 7. baterii szturmowej dostrzegli w pobliżu parku Tiergarten wysoką budowlę – Kolumnę Zwycięstwa. Na jej szczycie stała dumna trzymetrowa figura anioła odlana z armat, które Prusacy zdobyli na Francuzach podczas wojny 1871 r. Podeszli do niej w pięciu: oficer polityczny Mikołaj Troicki oraz Antoni Jabłoński, Aleksander Karpowicz, Eugeniusz Mierzejewski i Kazimierz Otap. Ostrożnie wchodzili w górę krętymi schodami, mocno ściskając karabiny w dłoniach. Obawiali się, że na szczycie wciąż siedzą Niemcy, ale już ich nie było.

- Z góry zobaczyliśmy, jak duże grupy Niemców składają broń. Zaczęliśmy krzyczeć: "Koniec wojny!". Od razu pomyśleliśmy, żeby zawiesić na Kolumnie polską flagę. W parku wisiały różnokolorowe spadochrony, na których Niemcy zrzucali żywność dla berlińczyków. Z czasz wycięliśmy dwa prostokąty: biały i czerwony. Powiązaliśmy je kablami i flaga była gotowa. "Za Polskę, za Warszawę, za zwycięstwo!" – powiedzieliśmy i zapłakaliśmy – mówił wzruszony Antoni Jabłoński”.

Dzial: