Duchowa przestrzeń Polski?

hold-pruski1.jpg
Owo fundamentalne pytanie można zadać, budując je na wiele sposobów. I tak na przykład: czy w naszym klimacie duchowym istnieje coś specyficznie własnego i suwerennego? Czy w ogóle kiedyś tak było? Albo całkiem po prostu i tutaj jesteśmy zaledwie niepoprawnymi marzycielami, ludźmi oderwanymi od rzeczywistości, naśladowcami, którzy są wciąż spóźnieni, zaczynając gdy inni już kończą?

Całkiem być może. Popatrzmy. Zróbmy też i to istotne zastrzeżenie, że bycie konsumentem wyłącznie obcych ideologiczno – politycznych doktryn, samo w sobie nie jest jeszcze niczym złym. Taka jest bowiem żelazna reguła; różne szczyty zarezerwowane są bowiem dla nielicznych. Niewielka liczba imperiów, czy nawet mocarstw, niezwykle ograniczony zespół naprawdę niezależnych głębokich myślicieli. Zawsze dominujący charakter tych mód, płynących z faktycznych centrów władzy. One bowiem rzutują na kulturę wyższą, jak i tę masową. Autonomii właściwie nigdy nie było, co najwyżej tempo zmiany ideowo – politycznego klimatu kiedyś było spowolnione, z powodu braku środków, które ma i stosuje współczesność.

Jednak i dawniej pewne nowe prądy rozprzestrzeniały się niekiedy z niezwykłą siłą oraz prędkością. Choćby nauki, a właściwie pouczenia Marcina Lutra. Po tych porządkujących uwagach powróćmy na nasz rodzinny grunt. Weźmy jednak pod uwagę, że nasze narodowe istnienie nigdy nie było wolne od zasadniczych trosk. Polacy bowiem, żyjący w swoim mateczniku - to zaledwie około 200 tys. kilometrów kwadratowych. I nawet w imperialnych czasach Jagiellonów – nazwijmy je tak – byliśmy dodatkiem do ich ustawicznej pogoni za sukcesami na wschodzie. Tam z tego powodu weszliśmy w śmiertelny konflikt z Moskwą, Tatarami i Osmanami. W rezultacie stamtąd nadeszła klęska państwa, na szczęście nie związana z upadkiem narodu.

Po kulminującym momencie opanowania Kremla, prowadziliśmy już tylko boje w stałym odwrocie. Właściwie Polska pozostawała wówczas głęboką prowincją. Tu wszystko, co szło z Zachodu albo ze Wschodu traciło swój pierwotny impet. Powyższe uwagi w pełni odnoszą się również do spraw wyższych, których wyrazem jest ludzka twórczość. Przypatrzmy się im, z punktu widzenia polskiego ducha. Chrześcijaństwo przyjęliśmy w wersji łacińskiej. Mimo, że – są takie ślady – na polskich ziemiach istniało ono już wcześniej w odmianie bizantyjsko – metodiańskiej, słowiańskiej. Chrzest Mieszka był przecież pewnym podsumowaniem i jako wydarzenie niewątpliwie wielkie, okazał się również ważnym (a nawet przełomowym) początkiem.

Od tego też czasu rzymska kultura łacińska, z językiem, instytucjami Kościoła, niepodzielnie zawładnęła Polską. Jako cywilizacyjno – polityczna część Zachodu utrzymywaliśmy taki swój status, aż do upadku Krzyżaków. Niech tę datą graniczną będzie sławny Hołd Pruski. Po rozkładzie własnej państwowości staliśmy się już tylko importerami różnych myśli: także i tym był polski romantyzm. Przez swoją nie suwerenność czerpiący z żydowskiego mesjanizmu, można by rzec, że całymi garściami. Ten niejako podwójny nasz charakter nie stał się polską siłą, lecz był i wciąż jest zaczątkiem słabości. Fundamentalnej i niszczycielskiej. Teraz Warszawa podążyła na Zachód; lecz jako terytorium i przestrzeń, w innym charakterze nikt nas tam nie potrzebuje. Ale czy jest jeszcze czas żeby się otrząsnąć? Raczej wątpię. Chocholi taniec trwa zatem w najlepsze.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2020)