Krajobraz po bitwie

bosak 3_0.jpg
Zwycięstwo Andrzeja Dudy oznacza to, że do 2025 r. kluczowe stanowisko w państwie znajdzie się w rękach PiS, zaś do 2023 r. wszystkie najważniejsze stanowiska w państwie, wszystkie władze, wykonawcza, ustawodawcza, sądownicza oraz nieformalna władza mediów publicznych wraz ze wszystkimi przyległościami medialnymi żyjącymi z publicznych dotacji, będzie skupiać w silnym uścisku jedna partia.

Partia pod przewodnictwem starzejącego się wodza, który kiedyś (w 2010 r. w Łodzi) słusznie zauważył: „Nie doprowadzajmy do monopolu jednej partii. Jeśli jakaś władza ma wszystkie stanowiska w państwie, prezydenta i poparcie potężnych mediów, to z naszą demokracją może być naprawdę bardzo niedobrze”.
To dziś często cytowane słowa. Ale jeżeli kiedykolwiek, to właśnie tutaj trzeba Kaczyńskiemu rację przyznać.

Oczywiście, PiS widzi jednostronnie, jak Kali. To ostrzeżenie nie dotyczy PiS – przecież to naturalne, czyż nie? Każdy zwolennik PiS to powie. Skoro krzyczą „tu jest Polska” w sztabie, czy siedzibie partii, to znaczy, że tam gdzie nie ma Polski nie będą przejmować się jakimiś łacińskimi przesądami o etyce totalnej obowiązującej wszystkich i wobec wszystkich. Kaczyński myśli tak od czasów PC, kiedy opowiadał o wynoszeniu w torbach milionów (przed denominacją), bo przecież „musieliśmy wyrównać nasze szanse w stosunku do komunistów”.

Zwycięstwo Dudy oznaczać będzie dalsze trwanie układu pisowskiego bez szansy na jego jakąkolwiek kontrolę, czy dokonanie wyłomu w następnych wyborach. Po przynajmniej kolejnych trzech latach podpisywania wszystkiego przez Dudę, jeśli popuścimy wodzę fantazji i wyobrazimy sobie zwycięstwo opozycji i jej zdolność do utworzenia rządu, to znajdzie się ona w sytuacji, po pierwsze, konieczności zmierzenia się z długiem jakiego narobiły ośmioletnie rządy PiS, po drugie, z dalszymi dwoma latami rzucania kłód pod nogi przez pisowskiego prezydenta, po trzecie, z koniecznością zaniechania programów rozdawniczych z perspektywą łatwej kontry ze strony PiS i całkiem prawdopodobnych rozruchów społecznych na tym tle.

O międzynarodowej pozycji Polski, jako potulnego pachołka USA, zamkniętego w groteskowym skansenie Zimnej Wojny i zagrożeń najazdami Przesmykami Suwalskimi, aż żal wspominać. I będzie tak w tym lepszym wariancie – w sytuacji zwycięstwa Trumpa w kolejnych wyborach, które co prawda jest pożądane z powodów ogólnocywilizacyjnych i wewnętrznych w USA, ale które w polityce zewnętrznej niewiele zmieni w stosunku do polityki jego wrogów. Trump walcząc o swoje przede wszystkim w kraju, odpuszcza Partii Wojny na arenie międzynarodowej, zwłaszcza tam, gdzie może, czyli np. w Polsce, która sama tego chce i sama za wszystko pragnie płacić. Trump potrzebuje takich gestów wobec Deep State. Dlatego może później, konsekwentnie i nawet wbrew mianowanym przez siebie urzędnikom, przeprowadzać wycofanie wojsk z Syrii, czy Afganistanu.

A co będzie, jeśli Trump przegra? Przecież wówczas żądania USA dotyczące rewolucji kulturowej i kwestii żydowskiej, ale także praworządności, staną się nie tylko hasłami Kongresu, lobbystów, ale oficjalnym programem o charakterze ultymatywnym. Polityka PiS jest więc polityką na gigantyczny kredyt. Kredyt, którego PiS ani nikt inny, kto w Polsce dojdzie do władzy, nie będzie w stanie spłacić. Stratedzy PiS najwyraźniej nie biorą tego pod uwagę. Nienawiść do Rosji przesłania im realne problemy współczesności związane z niemożliwą do przewidzenia przyszłością USA, kryzysem/przesileniem ideologicznym tego supermocarstwa. Na razie, krok po kroku rewolucja kulturowa w USA postępuje, pomimo Trumpa u władzy. Za kilka lat może się jednak okazać, że przyczółek amerykański w Polsce i Polska jako taka, będą służyć walce (oby tylko ideologicznej) neo-cywilizacji postchrześcijańskiej z Rosją za jej trwanie przy tradycyjnych wartościach.

W dzisiejszym świecie, w Polsce również, wiele zależy od mediów. Podobnie było już w latach 80-tych. Solidarność przegrała w 1981 r., traciła potem lawinowo poparcie aż do śmiesznych strajków z 1988 r. (śmiesznych pod względem ilości biorących w nich udział robotników) i Okrągłego Stołu, ale miała jeden wielki atut. Obojętniejące co prawda wobec Solidarności społeczeństwo przestało jednak jednocześnie wierzyć mediom publicznym. Choćby nie wiem, co tam podawano, głos ludu mówił „komuna kłamie". I dlatego komuniści, nie mając medialnego przełożenia na ludzi, przegrali w 1989.

Dzisiaj, co wobec ogromu najbardziej prostackiej propagandy w TVPiS, wydaje się zdumiewające, pisowska publika ślepo wierzy w jej przekaz. Biada jednak PiS-owi, jeśli w którymś momencie klientela jego mediów sięgnie po owoc i nagle poczuje swoją nagość, i cała medialna piramida kłamstwa stanie w jej oczach również bezlitośnie obnażona. To będzie koniec PiS. Telewizja Kurskiego jest filarem tej władzy, jest warunkiem sine qua non jej dalszego istnienia i dobrego samopoczucia.

Na koniec uwaga do ludzi identyfikujących się jako narodowcy, którzy podpisali ostatni przed wyborami apel środowisk rzekomo narodowych i niepodległościowych o poparcie Andrzeja Dudy. Jak kol. Andrzeja Szlęzaka, ci inni mnie nie interesują. Natomiast owi narodowcy – cóż – żadne nazwisko mnie w istocie nie zaskoczyło. Znaleźli się tam wszyscy ci, którzy widzą miejsce Ruchu Narodowego na peryferiach zwycięskiej piłsudczyzny, którzy rzucili narodowy ręcznik na ring, i z którego z własnej woli i niewiary we własną myśl i jej nośność, zrejterowali, zadowalając się małymi koncesjami. Sprowadzają się one do pustych frazesów, obchodów kolejnych rocznic i generalnie – do patrzenia wyłącznie w przeszłość i rozpamiętywania przegranej walki w wrogiem, z którym walczy się po dziś dzień, choć on już dawno nie istnieje – bez jakiejkolwiek refleksji.

Tak oto część spadkobierców ruchu, który uchronił Polskę przed klęską powstańczą w czasie I wojny światowej, i przyniósł swoją pragmatyczną polityką wolność i granice, marnotrawi swoje życie na kult straceńczych insurekcjonistów i rozdrapywanie ran, jako skansen epigonów, którym odebrano za ich zgodą nie tylko teraźniejszość i przyszłość, ale i rozsądek antenatów w przeszłości. Nie dziwi, że w tej grupie kapitulantów wobec tradycji endecji są i zwolennicy sojuszu z neobanderowcami. Odejście od myśli własnej skutkuje zawsze w podobny sposób – przejęciem idei patrona politycznego.

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2020)

Dzial: