Wyborczy błąd Kresowian

kresy_0.jpg
Kilka dni przed wyborami prezydenckimi otrzymałem list otwarty Kresowian, a w każdym razie kilku reprezentatywnych organizacji kresowych, których liderzy jednomyślnie wzywają do poparcia Andrzeja Dudy w tychże wyborach.

Cóż mogę powiedzieć? Moim zdaniem, jest to poważny błąd. Jest mi o tyle trudno o tym pisać, że znam wielu działaczy kresowych, od lat 90-tych uczestniczyłem w działaniach szeroko rozumianego ruchu kresowego, czy to jako wolny strzelec, czy jako bezpośrednio zaangażowany zwłaszcza po stronie inicjatyw tworzonych przez śp. płk Jana Niewińskiego. Znam też niektórych spośród liderów podpisanych pod listem otwartym, a mogę nawet powiedzieć, że byłem z nimi w niejakiej zażyłości przed laty. Niestety, od zorganizowanego ruchu kresowego – bo przecież nie od sprawy, o którą walczymy – coraz bardziej oddalała mnie tendencja do upartyjnienia tego ruchu.

Początki miały miejsce wiele lat temu, kiedy PiS zaczął swój marsz ku władzy i nagle Jarosław Kaczyński wystąpił z bojowym przemówieniem w sejmie nt. zbrodni UPA (aby kilka lat potem bronić racji UPA na antenie Radia Maryja – pisałem o tym swego czasu). Było to bardzo dziwne, bo w ówczesnym PiS-ie pies z kulawą nogą nie interesował się wcześniej tym tematem, a w kwestii ukraińskiej panowała atmosfera zgodna w pełni z doktryną Giedroycia. Rosnący na uboczu ruch kresowy zwrócił w końcu jednak uwagę PiS. Ponieważ sprawy zbrodni banderowskich nie dało się wyciszyć, postąpiono w tym środowisku zgodnie z zasadą „i wilk syty i owca cała”, a mianowicie rozgraniczono kwestię upamiętnienia zbrodni UPA, którą to sprawę PiS poparł, zyskując zwolenników w środowisku kresowym, oraz kwestię współczesnego poparcia dla Ukrainy, niezależnie od banderowskich inklinacji jej władz, w myśl naczelnej zasady polityki PiS - „zawsze przeciw Rosji, choćby z diabłem”.

Byłem osobiście świadkiem zmagań płk Jana Niewińskiego z próbą wciągnięcia Go w orbitę tego pomysłu politycznego przez ówczesnego doradcę prezydenta Lecha Kaczyńskiego, b. premiera Jana Olszewskiego. Wtedy to się nie udało – Lech Kaczyński nigdy sam publicznie nie stanął po stronie Kresowian i ich sprawy – wysyłał podrzędne osoby ze swojej kancelarii, które w zamkniętym gronie Kresowian wypowiadały oczekiwane przez nich słowo „ludobójstwo”, i tyle. Zaś Jan Olszewski okazał się twardym zwolennikiem i usprawiedliwiającym linię polityki banderowskiej, co również kiedyś szczegółowo zrelacjonowałem na tych łamach.

Niestety, w 2013 r. wspaniały warszawski marsz Kresowian został – można powiedzieć – wizerunkowo przejęty przez PiS, który właśnie rozpoczynał ostatni etap swojej walki o władzę na fali posmoleńskiej. Inni organizowali, a potem inni – wierchuszka PiS oraz red. Tomasz Sakiewicz – co już było dosłownie kpiną z pogrzebu, stanęli na czele. Od tej pory organizacje kresowe zaczęły dryfować w kierunku PiS, i w końcu, jak się wydaje, tam zacumowały. Przy czym, uczucie do PiS jest ślepe.

Ani Jarosław Kaczyński w towarzystwie czerwono-czarnych flag na Majdanie krzyczący „Sława Ukrainie”, ani zdjęcie tablic obrońców Birczy z Grobu Nieznanego Żołnierza, ani czysto sentymentalne i rocznicowe wylewanie łez przez polityków PiS nad ofiarami UPA, ani ambasador Piekło, ani radykalnie proukraińscy Sakiewicze i Żurawscy vel Grajewscy, ani odznaczenia tych i owych PiS-owców przez służby specjalne Ukrainy, ani brak jakiejkolwiek zmiany w polityce historycznej zaprzyjaźnionej i sojuszniczej Ukrainy przez lata władzy PiS, ani wreszcie skrajnie nierozsądne deklaracje Prezydenta Dudy, Sejmu i Senatu RP o bezalternatywnym popieraniu Ukrainy, dalej podtrzymywane w najnowszym programie PiS, niczego nie zmieniły. Miłość jest ślepa. Niejednej osobie kazała kochać swego prześladowcę a nawet mordercę, a co dopiero w sytuacji PiS, który tak pięknie ubiera się w piórka sentymentalnego, z łezką w oku, patriotyzmu.

Nie chcę wnikać szczegółowo w krytykę argumentacji liderów kresowych. Pozwolę sobie tylko odnieść się krótko do stwierdzenia, że Andrzej Duda „buduje silną pozycję Polski na arenie międzynarodowej w trosce o bezpieczny byt polskich rodzin”. Czy budowaniem silnej pozycji Polski jest myślenie kategoriami poprzedniej epoki – powiedzmy wprost – kategoriami najgorszego okresu Zimnej Wojny sprzed 60 lat i budowanie amerykańskiego przyczółka na polskiej ziemi, na ziemi polskich rodzin? Czy lokajstwo wobec USA jest troską o bezpieczny byt polskich rodzin?

Czy wreszcie utożsamianie interesu polskiego, w tym polskich rodzin, z interesem amerykańskim jest troską o Polaków, skoro obecna rewolucja ideologiczna niszcząca nie tylko rodziny, ale i tradycyjne religie i w ogóle odwieczny sposób patrzenia na wszystko w świecie białego człowieka – ma swoje źródło w Stanach Zjednoczonych? Czy można bronić wartości polskich rodzin w poddańczym sojuszu z państwem, które konstytucyjnie uznaje prawa LGBT i jednocześnie z tym LGBT prowadzić spór w Polsce? Odpowiedzi pozostawiam sumieniom liderów kresowych.

A jak było kiedyś? Siłą ruchu kresowego była jego różnorodność. Kresowianie i ich potomkowie, zarówno urodzeni jeszcze na Kresach, jak i ci urodzenie w powojennej Polsce, wybrali różne drogi życiowe. Jedni byli w PZPR, inni w tzw. partiach satelickich, jeszcze inni w opozycji, a wielu po prostu zwyczajnie żyło, często chcąc zapomnieć o horrorze wojny. Nigdy nie stanowili zwartej grupy ideowej. Po 1989 r. połączyła ich świadomość wspólnego pochodzenia z tej samej ziemi i – co najważniejsze – wspólnota straszliwych doświadczeń II wojny światowej. Ale na co dzień nadal jedni byli lewicowi, inni prawicowi, centrowi albo politycznie neutralni. Łączyło ich pochodzenie i przeżycie bez względu na dawne i współczesne barwy polityczne.

Tak było w tym ruchu kresowym, który nie nabrał jeszcze oblicza partyjnego. Była i senator Maria Berny z SLD (a Leszek Miller będąc premierem pamiętał o Orlętach podczas wizyty we Lwowie) i wielce pozytywna działalność lewicowego tygodnika Przegląd, red. Jerzego Domańskiego, byli dawni AK-owcy, członkowie samoobron, członkowie Istriebitielnych Batalionów i dawni żołnierze ludowego Wojska Polskiego, byli silnie reprezentowani narodowcy i ludzie rozmaitych innych poglądów.

Nade wszystko, PSL (pięciu prezesów w mojej pamięci), który przyjął moralne zobowiązanie upamiętnienia głównie przecież chłopskich ofiar banderowców. Jakże odmienna jest postawa tej partii, która mogła zdominować politycznie ruch kresowy, ale nigdy tego nie uczyniła w myśl idei, że ruch kresowy nie jest własnością jednej partii, ale przeciwnie, należy do wszystkich Polaków. Ta szczytna idea została może jeszcze nie zaprzepaszczona, ale z pewnością zagubiona w ostatnich latach…

Co było najważniejsze dla tego – nie boję się nazwać – wszechpolskiego ruchu kresowego? To, że najważniejsze nie jest nawet samo upamiętnienie ofiar zbrodni szowinizmu ukraińskiego, ale walka z jego współczesnymi wykwitami, na tyle oczywiście, na ile jest to możliwe, mając jako podstawę ogólnoludzki konsensus, co do tego, że nie można gloryfikować zbrodniczych ideologii, z natury nazistowskich, jak ideologia Bandery, a samych zbrodniarzy nie można stawiać na piedestał.

Bowiem wychowanie nowych pokoleń Ukraińców w kulcie zbrodniarzy i bez potępienia ich ideologii jest prawdziwym niebezpieczeństwem, bombą z opóźnionym zapłonem. Niestety, liderzy kresowych organizacji ulegli jednemu z kamuflaży, które PiS stosuje w swojej praktyce politycznej, doskonale rozeznając charakter polskiego patriotyzmu – jego powierzchowność, podatność na słowa, symbole i frazes.

Adam Śmiech
Na zdjęciu – obchody 70 rocznicy ludobójstwa na Wołyniu (2013) – pod tablicą na Krakowskim Przedmieściu W Warszawie
Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2020)

Dzial: