Łaska Wielkiego Brata

trump_5.jpg
Stało się: od 11 listopada nie będziemy potrzebowali wiz, by podróżować do USA (w celach turystycznych i biznesowych). Nareszcie roztoczy się przed nami perspektywa ujrzenia na własne oczy rozległych prerii znanych dotąd wyłącznie z powieści Karola Maya lub innych atrakcji, które do tej pory kusiły nas zza szklanego ekranu.

W kraju nad Wisłą, rzecz zrozumiała, wielkie poruszanie. O sprawie trąbią na prawo i lewo rozentuzjazmowane media i nie mniej podekscytowani politycy partii rządzącej. Ci ostatni triumfują. Jak twierdzą, to dzięki ich zabiegom Wielki Brat zza oceanu spojrzał na nas łaskawym okiem. Tak to w każdym razie wygląda z naszej, lokalnej perspektywy, która często okazuje się gruntownie odmienna od perspektywy nieco szerszej. Tymczasem rzeczywistość jest znacząco mniej atrakcyjna.

Po pierwsze nieprawdą jest, że ktokolwiek coś tutaj dla nas „załatwił”. W Polsce wciąż lwią część spraw urzędowych proceduje się „po uważaniu” (pomimo olbrzymiego postępu jaki poczyniliśmy przez ostatnie lata). W krajach rozwiniętych działa to nieco inaczej. Procedura jest procedurą i administracja zasadniczo stosuje się do niej. „Zniesienie wiz” stało się możliwe, ponieważ w 2019 roku odsetek odmów w amerykańskim procesie wizowym dla obywateli Polski spadł poniżej 3 proc. A właśnie taki jest formalny warunek przystąpienia poszczególnych państw do programu bezwizowego.

Oczywiście możemy dywagować do woli, czy pracownicy konsularni nie dostali nieformalnych poleceń był łagodniej traktować polskie aplikacje wizowe. Byłyby to jednak jałowe dywagacje. W ciągu ostatnich lat dla Polaków otwarły się nowe, atrakcyjne kierunki emigracji zarobkowej (choćby Wielka Brytania czy Skandynawia). W konsekwencji Stany Zjednoczone przestały być przez nas postrzegane jako korzystna destynacja dla mniej lub bardziej legalnego zarobkowania. Stąd systematyczny spadek odmów przyznania wiz.

Rzecz druga, jeśli nawet amerykańskiej administracji zależało by wywrzeć przedmiotowym aktem jakikolwiek efekt z pewnością nie miało nim być nasze dobre samopoczucie. Mogło być nim natomiast dobre samopoczucie amerykańskiej Polonii. W roku 2020 w Stanach Zjednoczonych odbędą się wybory prezydenckie. W aż czterech „swing states” - czyli stanach realnie decydujących o wyniku wyborów, obywatele amerykańscy pochodzenia polskiego stanowią znaczący odsetek (nawet do 10%) ludności. W tym kontekście „zniesienie wiz” dla Polaków właśnie 11 listopada 2019 roku jest niezwykle korzystne dla obecnego lokatora Białego Domu.

Po trzecie, przystąpienie Polski do programu bezwizowego nie jest w żadnym razie zdarzeniem wyjątkowym czy pionierskim. Przeciwnie, byliśmy jednym z ostatnich państw Unii Europejskiej, którego obywatele musieli przechodzić przez dość uciążliwą procedurę wizową. Przed nami bez wiz do Stanów Zjednoczonych latali między innymi Czesi, Słowacy, Węgrzy a nawet Litwini, o obywatelach państw „starej unii” nie wspominając.

Czy zatem jest się z czego cieszyć? – owszem, jest. Dla Polaków planujących turystyczne lub biznesowe wojaże na drugą stronę Atlantyku będzie to pewne ułatwienie. Można też, z perspektywy państwa, wyrazić umiarkowane ukontentowanie z tytułu nadrobienia wieloletnich zaległości. I to na tyle. Następnie powinniśmy przejść nad tematem do porządku dziennego. Fetowanie rzeczonej okoliczności jest co najmniej niezrozumiałe.

Przemysław Piasta
Fot. profil fb Donalda Trumpa