Neokonserwatywne instrukcje dla Polski

rand 4.jpg
Nie ulega już chyba wątpliwości, że władze Stanów Zjednoczonych prowadzą politykę ingerencji w wybory i procesy polityczne we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej. Niekoniecznie robią to za pomocą służb specjalnych czy innych agend rządowych; coraz większą rolę, obecnie chyba wręcz kluczową, w takiego rodzaju aktywności odgrywają organizacje i fundacje finansowane przez konglomerat organów państwa i kapitał korporacyjny.

Jedną z aktywniejszych w ostatnim okresie struktur tego rodzaju jest RAND Corporation. Instytut ten powstał już w 1948 roku (nazwa jest skrótem od słów Research ANd Development), z inicjatywy lotniczej firmy Douglas Aircraft Company. Następnie przeszedł na finansowanie otrzymywane z Fundacji Forda. Przez lata RAND zajmował się przede wszystkim analizowaniem i prognozowaniem zdarzeń i procesów związanych z konfrontacją zimnowojenną. Ściśle przy tym współpracował z organami władz; przede wszystkim z Departamentem Obrony i Departamentem Stanu. Poza publikacjami ogólnie dostępnymi, instytut przekazuje również wyniki swych prac siłom zbrojnym i służbom specjalnym, w tym agencjom wywiadowczym.

W pracach RAND udział brali m.in. znani amerykańscy politycy tacy, jak była sekretarz stanu Condoleezza Rice czy były sekretarz obrony Donald Rumsfeld, obok naukowców, ekspertów i analityków z różnych dziedzin. O rozmachu działalności instytutu świadczy choćby fakt, że zatrudnia on na stałe ponad 1800 osób, pracujących nie tylko w jego oddziałach w różnych stanach USA, lecz również w Europie (Bruksela, Cambridge) i w Australii. Z opublikowanego sprawozdania finansowego za 2018 rok wynika, że RAND Corporation otrzymał wpłaty w wysokości 345 mln dolarów, przy czym ponad 282 miliony z tej kwoty pochodziły od administracji szczebla federalnego (resorty, agencje, armia, służby specjalne). O takiej skali działania, rzecz jasna, europejskie think-tanki mogą tylko pomarzyć.

Jest to zresztą jeden z symptomów swoistej prywatyzacji kompetencji administracji publicznej w Stanach Zjednoczonych, która polega na przekazywaniu części zadań przez podmioty rządowe ośrodkom prywatnym. W innych państwach zadania realizowane przez RAND realizowałyby przecież rządowe ośrodki analityczne i opracowujące strategie. Struktura i pozycjonowanie ośrodka pozwalają jednak na dużo większą elastyczność, co w praktyce polega m.in. na możliwości funkcjonowania poza granicami macierzystego państwa oraz realizację operacji, których państwo to nie mogłoby lub – z przyczyn wizerunkowych – nie chciałoby realizować.

Kolejne analizy RAND zawierają część niezwykle istotną, bo rekomendacje, wskazówki i instrukcje dla amerykańskiego establishmentu. Nie sposób oczywiście uznać, że wszystkie te wytyczne brane są pod uwagę przez kolejne administracje w Białym Domu. Jest jednak symptomatyczne, że głos RAND kształtuje poglądy przynajmniej części tamtejszych elit, tej skłonnej do preferowania neokonserwatywnego interwencjonizmu. Jednym z ostatnich istotnych dokumentów opublikowanych przez think tank z siedzibą w Kalifornii jest raport pt. „Wyczerpanie Rosji. Konkurencja na polach przewagi” (ang. „Extending Russia. Competing from Advantegous Grounds”, Santa Monica 2019).

Nakreśla on główne cele polityki amerykańskiej wobec Federacji Rosyjskiej, uznając, że „Stany Zjednoczone muszą wykorzystywać przewagi konkurencyjne, by spowodować wyczerpanie militarne, ekonomiczne Rosji, a także sprawić, by jej reżim utracił wewnętrzny i / lub międzynarodowy prestiż i wpływy” (s. iii). Zalecenia RAND Corporation i innych neokonserwatywnych think-tanków nie byłyby jednak wykonalne, gdyby nie współdziałanie Stanów Zjednoczonych z lokalnymi „sojusznikami” (w wielu wypadkach należałoby raczej mówić o wasalach). Dość oczywistym jest fakt, że zalicza się do nich Polska, w szczególności pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego w tekście wspomnianego raportu i zawartych w nim rekomendacji odnaleźć można bez trudu postulaty wciągnięcia Warszawy w antyrosyjską grę prowadzoną przez mocarstwo zza oceanu.

Najbardziej szokujące jest przy tym to, że w wyniku prostego zestawienia wspomnianych zaleceń z faktycznie prowadzoną przez władze polskie polityką otrzymamy obraz zgodny, nawet w najmniejszych detalach, swoiste lustrzane odbicie. Pytaniem otwartym jest natomiast to, czy w PiS po prostu przeczytali rekomendacje i dokładnie się do nich stosują, czy może rekomendacje RAND otrzymali w charakterze dyrektyw dla polityki polskiej lub po prostu bieżące decyzje podejmowane są w ramach konsultacji i uzgodnień z Waszyngtonem. Uderzająca zbieżność raczej wyklucza przypadkowość skojarzeń. Polska, w myśl planów amerykańskich neokonserwatywnych „jastrzębi”, ma pełnić rolę ośrodka podejmującego działania wymierzone w sposób otwarty przeciwko interesom rosyjskim.

„Zwiększanie możliwości importu przez Europę gazu z kierunków innych niż rosyjski doprowadzi do sytuacji, w której Stany Zjednoczone będą mogły wykorzystać swoją przewagę konkurencyjną przeciwko Rosji; jest to długofalowa strategia osłabienia gospodarczego Rosji i stworzenia bariery pomiędzy nią i Europą. Europa powoli zmierza w tym kierunku, budując kolejne terminale gazu skroplonego” (s. xiii) – czytamy w raporcie. Trudno się w tym kontekście dziwić, że pierwsze dostawy amerykańskiego błękitnego paliwa do terminala LNG w Świnoujściu przyjmowane są przez ekspertów RAND z zadowoleniem (s. 64).

Kolejnym zadaniem Polski, w myśl instruktażu RAND, miałyby być konsekwentnie podejmowane przez polskie elity polityczne w ostatnich latach próby destabilizacji sytuacji politycznej w krajach postradzieckich, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy i Białorusi. W przypadku Ukrainy efekty tych działań są powszechnie znane, choć kwestią sporną może pozostawać sprawa oszacowania wpływów aktywności polskich agend rządowych i pozarządowych na wydarzenia przełomu roku 2013 i 2014. Jednoznaczne werbalne poparcie dwóch największych formacji politycznych dla przewrotu w Kijowie nie pozostawiało wszakże złudzeń i wpisywało się w całości w realizację zaleceń strategów z Waszyngtonu.

Autorzy raportu RAND słusznie stwierdzają, że „państwa NATO położone bliżej Rosji, takie jak Polska, mają generalnie bardziej ‘jastrzębie’ spojrzenie na Ukrainę, zaś rządy zachodnioeuropejskie pozostają ostrożne” (s. 102). Pozostaje jednak jeszcze problem Białorusi. W omawianym tekście nie bez racji uznano, że „Białoruś jest jedynym autentycznym sojusznikiem Rosji. Skuteczne promowanie zmiany tamtejszego reżimu i orientacji polityki na prozachodnią byłyby mocnym uderzeniem w Moskwę” (s. xvi).

Wystarczy przeanalizować polską politykę wobec Mińska na przestrzeni ostatnich ponad dwóch dziesięcioleci, by uznać, że i w tym zakresie zalecenia amerykańskich neokonserwatystów wypełniane są z nadzwyczajną gorliwością. Owszem, pojawiały się okresy względnego odprężenia, a nawet momenty podejmowania dialogu, jednak ogólna linia polegająca na delegitymizacji władzy Aleksandra Łukaszenki pozostawała raczej niezmienna. Analitycy RAND świadomi są zagrożeń wynikających z ewentualnego przewrotu w wyniku wyreżyserowanej „kolorowej rewolucji” na Białorusi. Twierdzą, że realizacja takiego scenariusza mogłaby doprowadzić do masowego napływu uchodźców do krajów sąsiednich (Polski, Litwy, Łotwy), a także wywołać siłową reakcję Kremla.

Zakładają jednak, że byłby to kolejny element angażowania Federacji Rosyjskiej do działań kosztownych i absorbujących, dodatkowo prowokujący Moskwę do ruchów nieprzemyślanych, które mogłyby uniemożliwić jej dialog z Europą. Dlatego ubolewają nad częściowym zniesieniem sankcji i ograniczeń wymierzonych w Białoruś przez Unię Europejską w 2015 roku.

Trzecim elementem polityki polskiej ostatnich lat będącym ewidentnym odzwierciedleniem życzeń amerykańskich jastrzębi są działania w sferze obronności, a ściślej – militaryzacji naszego regionu Europy. Autorzy opracowania RAND nie ukrywają, że ich celem jest prowokowanie Moskwy w nadziei, iż pod wpływem impulsu tamtejsi decydenci popełnić mogą zasadnicze błędy. „Rosyjski niepokój podsycać można poprzez okresowe przemieszczanie do baz w Europie i Azji samolotów bombowych, a także poprzez rozlokowanie dodatkowej taktycznej broni nuklearnej na tych kontynentach” (s. xvii).

Zdając sobie sprawę z faktu, iż stanowi to naruszenie porozumień na linii NATO – Rosja z 1997 roku, analitycy ośrodka proponują jako jedną z opcji radykalne zwiększenie obecności militarnej Stanów Zjednoczonych w Polsce i w krajach bałtyckich, wspominając także, iż na południu korzystnym miejscem do utworzenia dodatkowych baz jest Rumunia. „Estonia, Łotwa, Litwa i Polska podeszły z wielkim entuzjazmem do przyjęcia kolejnych jednostek NATO (szczególnie sił amerykańskich)” (s. 227) – stwierdzają autorzy opracowania. Komentarz ten właściwie mówi wszystko; nie ma potrzeby przypominanie w tym miejscu o decyzjach, które doprowadziły do obecności militarnej obcego mocarstwa na terytorium Polski w ostatnich latach.

Dodatkową troską RAND jest, rzecz jasna, kwestia wydatków poszczególnych „państw sojuszniczych” na obronność, a ściślej – na zakupy produkcji amerykańskiego przemysłu obronnego. Jednym z rekomendowanych celów strategii wobec Rosji miałoby być osiągnięcie przez blok pod przewodnictwem Waszyngtonu przewagi na Morzu Bałtyckim, pozwalającej na zablokowanie na tym akwenie rosyjskiej floty wojennej. Cel ten, jak wiadomo, jest obecnie niemożliwy do realizacji, choćby z uwagi na faktyczny brak polskiej marynarki wojennej.

Dodatkowo, RAND proponuje rozmieszczenie na terytorium Polski głowić nuklearnych, co miałoby przypominać sytuację z rozlokowaniem rakiet Pershing-2 w połowie lat osiemdziesiątych w Europie Zachodniej, prowadząc do wyścigu zbrojeń i dalszego prowokowania reakcji rosyjskiej. Wyraźnie widać tu zbieżność z głośnym wywiadem szefa MSZ Jacka Czaputowicza z początku tego roku dla niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”. Oznacza to, że opcja taka była już najprawdopodobniej dyskutowana przez jej neokonserwatywnych zwolenników z warszawskimi wasalami. W myśl lansowanej przez RAND Corporation strategii, Polska, kraje bałtyckie, a także Rumunia mają stanowić najbardziej zmilitaryzowany obszar w Europie. Jego istnienie byłoby elementem polityki świadomej eskalacji napięć z Federacją Rosyjską, prowadząc – zgodnie z oczekiwaniami autorów koncepcji – do kolejnego wyścigu zbrojeń, który przyniósłby określone straty Moskwie. Nietrudno zauważyć, że polska polityka ostatnich lat jednoznacznie wpisuje się w taki właśnie scenariusz.

Kim są autorzy omawianego, obszernego (354 strony) dokumentu? Nie są to eksperci anonimowi, lecz postaci, które miały wpływ na kształtowanie polityki amerykańskiej na przestrzeni wielu lat, wchodziły w skład tamtejszych elit politycznych, dyplomatycznych i eksperckich. James Dobbins był ambasadorem przy Unii Europejskiej i asystentem sekretarza stanu ds. europejskich, płk Raphael S. Cohen to oficer wywiadu wojskowego, Paul DeLuca – były oficer marynarki wojennej, Forrest E. Morgan – oficer wywiadu Sił Powietrznych, Howard J. Shatz – były doradca Banku Światowego, a kilku pozostałych to naukowcy z różnych amerykańskich ośrodków akademickich. Są to zatem bez wątpienia ludzie w określonym stopniu pozostający w relacjach i / lub obsługujący struktury tego, co politolodzy zwykli ostatnio określać mianem ukrytego państwa (deep state).

Nie jest to bez znaczenia, bowiem rekomendacje RAND Corporation są co najmniej głosem części amerykańskiego establishmentu. Rzecz jasna, nie wszyscy muszą się akurat z tym głosem identyfikować. Redukowanie procesu decyzyjnego za oceanem do jakiegoś jednego wiodącego ośrodka jest z założenia błędne. Mamy tu jednak przykład środowiska nastawionego na konfrontację, a przy tym zakładającego realizację swej polityki za pomocą rządów satelickich, w tym rządu polskiego, szczególnie w przypadku gabinetów PiSowskich. Polska jako aktor w grze neokonserwatywnych jastrzębi odegrać może wyłącznie rolę straceńca, mięsa armatniego przeznaczonego na straty przez architektów nowej geopolitycznej konfrontacji.

dr Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 45-46 (3-10.11.2019)

Dzial: