„Z bolszewikami nie walczyć”

rydz.jpeg
80 lat temu Edward Rydz-Śmigły przekroczył granicę z Rumunią i opuścił terytorium Polski oraz walczące jeszcze oddziały Wojska Polskiego. Zanim znalazł się po drugiej stronie granicy, wobec wtargnięcia Armii Czerwonej do Polski w dniu 17 września, wydał znaną dyrektywę, czy też rozkaz, w sprawie stosunku do wkraczających oddziałów tej armii.

Głosiła ona: „Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. Zadania Warszawy i miast które miały się bronić przed Niemcami – bez zmian. Miasta do których podejdą bolszewicy powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii”.

Następstwa tej dyrektywy, do dziś budzą dyskusje. Znaczna część, jeśli nie większość wypowiadających się na ten temat, twierdzi, że marszałek źle zrobił nie nakazując oporu i nie deklarując stanu wojny z ZSRR. Dla przykładu, Paweł Łepkowski pisał niedawno w Rzeczpospolitej, że Śmigły to „Hetman, który porzucił swoje wojsko” i nie znajduje dla niego żadnego usprawiedliwienia. Zachował się on, według niego, haniebnie i tchórzliwie, a ponadto nie miał kwalifikacji do sprawowania funkcji naczelnego wodza, bo całe jego wojskowe wykształcenie to był tylko jednoroczny kurs oficerski w Związku Strzeleckim.

Co gorsza, szef sztabu Naczelnego Wodza, generał Teofil Stachiewicz, miał jeszcze gorsze przygotowanie, bo ukończył tylko „szkołę podoficerską Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego”. Nie ma zatem czego się dziwić, że tacy ludzie nie stanowili żadnej przeciwwagi, także pod względem kompetencji, w stosunku do niemieckich generałów, uformowanych i przygotowanych do wojennego rzemiosła przez tradycje niemieckiego sztabu generalnego, uważanego za najsprawniejszy na świecie.

Można tak używać sobie na Rydzu długo, bo też i jego winy są niemałe, ale zastanówmy się przez chwilę, jakie konsekwencje, bliskie i bardziej długofalowe, mógłby mieć rozkaz o przystąpieniu do wojny z ZSRR.

Nie ulega wątpliwości, że wojna była już praktycznie przegrana, zatem przystąpienie do walki z nowym przeciwnikiem, który wprowadził do akcji do 800 tys. żołnierzy i liczne czołgi oraz samoloty, mogłaby tylko istotnie zwiększyć straty wśród żołnierzy WP, jak też spowodować jeszcze większe represje wobec ludności cywilnej. Ponadto, dość powszechną praktyką było zwalnianie do domu pojmanych przez Armię Czerwoną szeregowców i podoficerów Armii Polskiej. W przypadku zadeklarowania wojny, ci ludzie, a było ich razem do 450 tys., zostaliby zapewne zatrzymani i skierowani do łagrów, gdzie wykonywaliby morderczą pracę. W ten sposób ogólne straty ludzkie na Wschodzie nie obejmowałyby głównie rozstrzelanych w 1940 roku oficerów, ale także bardzo wielu zwykłych żołnierzy, którzy zmarliby wskutek złego traktowania w łagrach.

Ci, którzy żałują, że do tej wojny z ZSRR nie doszło, wyobrażają sobie, że nasi żołnierze powinni walczyć jak Finowie podczas wojny zimowej. Nie doszłoby do tego z wielu przyczyn. Po pierwsze inny teren i inna pora roku, po drugie, inni ludzie.

Rozmawiałem kiedyś ze zmobilizowanym wtedy żołnierzem. Władze wojskowe dały jemu i innym rezerwistom z jego oddziału stare, pochodzące sprzed pierwszej wojny światowej, francuskie karabiny Lebel, ładowane pojedynczymi nabojami, i kazali ryć okopy. Mundurów już dla nich zabrakło. 18 września, gdy doszły ich wieści, że rząd i wódz naczelny opuścili Polskę, to oni te karabiny wbili bagnetami w ziemię i wyruszyli w drogę, każdy do swojego domu. Czy mogli zrobić coś lepszego?

Ponadto na terenach zabużańskich większość stanowiły mniejszości narodowe, które, w najlepszym razie, okazywały obojętność wobec państwa polskiego, a często miały sympatie komunistyczne i raczej witały Armię Czerwoną niż skłonne były z nią walczyć.

Kontynuowanie, w takich warunkach, walki z Armią Czerwoną, mogłoby tylko powiększyć polskie straty. Jest nadto jeszcze jeden aspekt tej sprawy, który należałoby rozważyć. Czy takie zachowanie Śmigłego było skutkiem jego własnej decyzji, czy było efektem wpływu aliantów zachodnich, które nie chciały sobie komplikować przyszłych stosunków z ZSRR? Jest wielce możliwe, że już wtedy Anglicy i Francuzi mogli uważać, że taka polska deklaracja wojny z ZSRR źle wpłynie na ewentualne kontakty z tym państwem, w przypadku gdyby w przyszłości doszło do starcia Stalina z Hitlerem.

Zwolennicy tej wojny polsko-sowieckiej wyobrażają sobie, że nasi sojusznicy poszliby na wojnę ze Stalinem, bo nie mieliby wyjścia. Wyjście by znaleźli, gdyż w końcu ten rząd polski, co rezydował we Francji, a potem w Londynie, był od nich całkowicie zależny i alianci mieli instrumenty by go skłonić do decyzji dla siebie pożądanych. Zatem żadnych pozytywnych następstw by to nie miało. Rydz-Śmigły popełnił wiele błędów ale, akurat, ta decyzja nie przysporzyła strat, a właśnie ich oszczędziła. Przeto nie ma powodu dołączać jej do obciążającego go spisu.

A co do samej ewakuacji prezydenta, naczelnego wodza i rządu przez granicę, to nawet to nie zdarzyło się po raz pierwszy w naszej historii. Podobne zdarzenie miało miejsce 5 października 1831 roku, kiedy to ostatni naczelny wódz powstania listopadowego, generał Maciej Rybiński, wraz z armią i władzami, na czele z prezesem Rządu Narodowego, przeszedł granicę z Prusami w okolicy Jastrzębia i został internowany w Brodnicy. Jak widać, wszystko się w naszej historii powtarza. Należy sobie tylko życzyć i dołożyć starań by akurat takie zdarzenia nie powtarzały się zbyt często, a najlepiej wcale.

Stanisław Lewicki

Dzial: