Adam Doboszyński (1904-1949)

Doboszynski 3.jpg
Mija 70. rocznica śmierci Adama Doboszyńskiego (29 sierpnia 1949 roku), wybitnego działacza obozu narodowego. Jego śmierć była symbolicznym początkiem terroru stalinowskiego w Polsce. Ta sądowa zbrodnia była tym bardziej ohydna, że Doboszyński nie stanowił zagrożenia dla ówczesnego państwa, wręcz przeciwnie – był przeciekiem powojennego zbrojnego podziemia i dostrzegał pozytywy wielu reform wprowadzanych wtedy w Polsce.

Poniżej prezentujemy fragmenty artykułu Pawła Tomasika, biografa Doboszyńskiego, opisujące ostatnie lata życia Adama Doboszyńskiego, a następnie jego tekst z 1947 roku oceniający pozytywnie niektóre reformy wprowadzone po 1945 roku:

„Doboszyński powrócił potajemnie do kraju 23 grudnia 1946 r. Przez bezpośrednie obserwacje i rozmowy chciał gruntownie poznać nową rzeczywistość polityczną. Swoim rozmówcom zamierzał przedstawić własne poglądy, koncepcje polityczne i gospodarcze oraz sytuację na emigracji, którą oceniał bardzo krytycznie. W dalszej perspektywie planował stworzenie niezależnego od zagranicy ośrodka politycznego o charakterze narodowym i katolickim. Pół roku podróżował po Polsce i odbył kilkadziesiąt spotkań z działaczami narodowymi, katolickimi i osobami niezaangażowanymi politycznie. Został aresztowany 3 lipca 1947 r. w Poznaniu.

Proces Adam Doboszyński stanął przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie 18 czerwca 1949 r. – oskarżony o współpracę z wywiadem hitlerowskich Niemiec od 1933 r., a od 1945 r. z wywiadem amerykańskim. Podstawą oskarżenia były jego wymuszone zeznania złożone w czasie trwającego blisko dwa lata śledztwa. Podczas rozprawy wielokrotnie i konsekwentnie zaprzeczał imputowanej współpracy z obcymi wywiadami. Wyjaśnił, że do samooskarżenia zmuszono go torturami. W ostatnim słowie przysięgał na „rany i mękę Chrystusa”, że nigdy nie był „na służbie niemieckiej, ani amerykańskiej, ani żadnej innej” i prosił o wyrok „oparty na prawie, prawdzie i sprawiedliwości”. Po dwunastodniowej rozprawie, 11 lipca 1949 r. został uznany za winnego zarzucanych mu czynów i skazany na karę śmierci.

Wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 r. Był to jeden z najgłośniejszych procesów pokazowych w powojennej Polsce. Prokurator płk Stanisław Zarakowski w swej mowie oskarżycielskiej stwierdził, że był to „proces historyczny”, „pierwszy w dziejach Polski proces, który ujawnił część prawdy o ostatnich dziesięcioleciach naszych dziejów”, „proces warstw skazanych na śmierć przez historię”. Kluczową rolę w realizacji „historiozoficznych” założeń procesu odegrały, wymuszone przez funkcjonariuszy MBP, „rewelacyjne” zeznania trzech świadków niemających nic wspólnego z Doboszyńskim, z których wynikało, że „wywiad hitlerowski inspirował najwyższe czynniki przedwrześniowej Polski”, dowództwo AK zaś „współpracowało z Niemcami na płaszczyźnie walki przeciwko PPR” oraz „uzgadniało wybuch Powstania Warszawskiego z Niemcami”.

Sięgając do kłamstw i oszczerstw, w procesie Adama Doboszyńskiego oskarżano ruch narodowy, Polskę niepodległą, Armię Krajową i polski wywiad. Nie brakowało rozmaitych insynuacji pod adresem Kościoła. Olbrzymi rozgłos procesowi nadała ówczesna propaganda, odsłaniając „bagno szpiegostwa i zdrady”, demaskując „zdradzieckie oblicze reakcji polskiej”, obrzucając wyzwiskami oskarżonego. Emigracyjny „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” określił omawiane wydarzenie mianem „procesu, który pobił rekordy komunistycznego zakłamania”.

Sąd Najwyższy 26 kwietnia 1989 r. uniewinnił Adama Doboszyńskiego od popełnienia zarzucanych mu w 1949 r. czynów. Adam Doboszyński to nie tylko bohater kilku przypomnianych tu epizodów z historii Polski, lecz także publicysta, którego prace – Gospodarka narodowa1 i Studia polityczne – zajmują ważne miejsce w dorobku ideowym ruchu narodowego” (P. Tomasik, „Adam Doboszyński – polityk nieokiełznany”, Biuletyn IPN, nr 8-9/2007)

A oto fragment tekstu z roku 1947:

„Mimo wszystkich niedociągnięć i wielu zastrzeżeń, jakie budzą poszczególne pociągnięcia narzuconego nam rządu (nieraz złośliwie wymierzone przeciw interesowi narodowemu polskiemu), należy jednak stwierdzić, że reformy z roku 1945 stanowią krok raczej w kierunku ustroju chrześcijańskiego niż marksizmu. Reforma rolna upowszechniła własność w rolnictwie; figurowała ona przed wojną zarówno w programie katolickim, jak i narodowym, stoi natomiast w jaskrawej sprzeczności z podstawową tezą marksizmu, którą jest uspołecznienie wszystkich środków wytwórczości.

Pogląd marksistów na reformę rolną ujął ongiś ściśle Niedziałkowski, jeden z czołowych umysłów PPS, pisząc w roku 1926: „Zrealizowanie programów agrarnych stronnictw ludowych z tendencją ku powszechnej parcelacji ziemi, doprowadziłoby do uwstecznienia całego życia gospodarczego, a co za tym idzie i kulturalnego. Dzisiejsi marksiści myślą nie inaczej, ale życie nauczyło ich rozkładać swą robotę na etapy. Gdy nadejdzie odpowiednia chwila spróbują zapewne zsocjalizować i ziemię (co nastąpiło w Rosji dopiero w dwanaście lat po rewolucji), a tymczasem postarali się reformę rolną przeprowadzić jak najgorzej, by ją tym łatwiej było później odrobić. Tym niemniej, tak jak dziś rzeczy stoją nastąpiło w Polsce upowszechnienie własności w dziedzinie tak ważnej dla życia narodowego jak rolnictwo, co z punktu widzenia nauki katolickiej stanowi niewątpliwy postęp”.

O doniosłym znaczeniu dla Narodu Polskiego uspołecznienia wielkiego przemysłu i bankowości pisałem już wyżej. Postulat ten wspólny był i katolikom, i narodowcom, i marksistom, z tym że ci ostatni mają szczególne zamiłowanie do upaństwawiania, a pierwsi chcieliby własność państwową ograniczyć – w myśl wskazań Encykliki "Quadragesimo Anno" – do tych gałęzi przemysłu, które ze względu na bezpieczeństwo państwa nie powinny zostać w rękach osób prywatnych (a więc do przemysłów kluczowych i monopolistycznych), do innych zaś wielkich przedsiębiorstw pragną zastosować uspołecznione formy gospodarki, dające pracownikom istotny współudział we własności i zarządzie.

Choć więc upaństwowienie poszło pod rządami komunistów znacznie dalej, niżby tego chcieli katolicy, tym niemniej i ta reforma zbliżyła Polskę do godziwszych form gospodarczych. Jeśli chodzi natomiast o postulaty katolickie z dziedziny moralności gospodarczej i samorządu, to pod rządami marksistów nastąpiło poważne pogorszenie, którego jaskrawym przykładem są głodowe płace robotników oraz sprowadzenie związków zawodowych do roli ślepych narzędzi reżimu, służących do trzymania w ryzach robotnika, co stanowi charakterystyczną cechę wszelkich ustrojów totalnych.

Trudno dziś przewidzieć, jak daleko posunie się socjalizacja naszej gospodarki do dnia, w którym skończy się okupacja sowiecka; tak jak rzeczy stoją w chwili, kiedy piszę te słowa, przebiliśmy się jednak niewątpliwie przez główne przeszkody, zagradzające naszą drogę do katolickiego ustroju i posunęliśmy się o krok naprzód, powinniśmy więc wytężyć wszystkie siły, by dotrwać do chwili odzyskania niepodległości w stanie, umożliwiającym szybkie podjęcie dalszych reform w duchu katolickim.

Zadanie to trudne i wymaga pełnej rozwagi w działaniu. W pierwszym rzędzie społeczeństwo polskie powinno się ustrzec błędu, polegającego na odrzucaniu w czambuł wszelkich reform dokonanych ostatnio tylko dlatego, że dokonały ich ręce wrogie. Z tego samego tytułu powinnibyśmy chyba odrzucić również Ziemie Odzyskane jako odzyskane przy pomocy Rosji, a tego żaden rozsądny Polak przecież nie zrobi. I w dziedzinie gospodarki jest niezmiernie ważne, by ogół Polaków rozumiał, które z obecnych reform uważać ma za trwałe i pracować nad ich udoskonaleniem, a które za przejściowe, do usunięcia z chwilą ustania okupacji. Czeka nas więc bardzo subtelne zadanie – w jednych kierunkach hamować, w innych pomagać z całych sił. Ułatwi nam może to zadanie, jeśli w paru słowach naszkicujemy sobie główne linie, po których będziemy musieli się posuwać, chcąc przejść – po odzyskaniu niepodległości – z dzisiejszego stanu rzeczy do chrześcijańskich form ustrojowych. (A. Doboszyński, „W pół drogi”, Warszawa 1993 (oprac. i wstęp Paweł Tomasik).

oprac. Jan Engelgard

Dzial: