Decydujące starcie nastąpi jesienią

zapalowski 1.jpg
„Polskie ośrodki władzy nie są w stanie wyartykułować własnych celów w polityce wschodniej w opozycji do celów głównego sojusznika. Wnioski na pewno są, ale ich realizacja wymagałaby zmiany narracji politycznej na tym kierunku i przyznania się do błędu” – mówi prof. Andrzej Zapałowski.

Panie profesorze, jak można ocenić wyniki wyborów na Ukrainie – czy jest to przełom czy też raczej kolejna odsłona mistyfikacji, której od lat ofiara padają zwykli Ukraińcy?
- Wyniki wyborów wielu zaskakują, ale nie ma tu nic przełomowego. Zełenski jest osobą powiązaną z oligarchą Kołomojskim, który został przez układ oligarchiczny Poroszenki wypchnięty z rynku, czyli z Ukrainy. Teraz wraca do gry poprzez wprowadzenie na urząd swojego człowieka. Generalnie ukraińscy oligarchowie, którzy sprawują wymiennie władzę w tym państwie traktują go jako synekurę. Jeżeli ktoś rozmawia z ukraińskimi politykami w inny sposób niż biznesowy, zostaje ograny.

Rozkład głosów na poszczególnych kandydatów mówi jasno, że Zełenski ma ogromne poparcie na wschodzie, w rejonach rosyjskojęzycznych. Jakie to może mieć wpływ na politykę Ukrainy?
- Do jesiennych wyborów wszyscy będą balansowali w ogólnoukraińskiej retoryce. Jeżeli Zełenski jesienią otrzyma duże poparcie dla swojej formacji i potwierdzi się geograficzny rozkład głosów, to może obrócić się bokiem do zachodniej Ukrainy. To jest prowincja gospodarcza tego państwa. Przyszłość Ukrainy rozstrzygnie się na polu ekonomicznym. Ludność skieruje się w stronę, która realnie wpłynie na poprawę jej sytuacji ekonomicznej. Deklaracje o członkostwie w Unii Europejskiej już nie oddziaływają. Do społeczeństwa dotarło, że za tym nic nie stoi. Mnożą się tylko problemy wewnętrzne.

Przy okazji nie można pominąć pytania o realne wpływy ugrupowań neobanderowskich. Wygląda na to, że są one prawdziwym „papierowym tygrysem”, nie reprezentują takiej siły, jaką nieraz im przypisywano.
- Tutaj się nie zgadzam. Mają olbrzymie wpływy. Problem w tym, że ich oferta na przyszłość to walka, cierpienia i poświęcenia dla wydumanej ideologii. Wielu, którzy im sprzyjają jednak na pierwszym miejscu stawiają cele egzystencjonalne. Proszę pamiętać, iż na Ukrainie wojna się toczy pięć lat, czyli dłużej niż na tym terenie trwała Wielka Wojna Ojczyźniana. Zmęczenie poświeceniem będzie rodziło coraz większy dystans do celów ideowych. Młodzi Ukraińcy już nie chcą walczyć, ale chcą zadbać o własną przyszłość.

Jak pan sądzi, czy polskie władze, rząd i prezydent, wyciągną jakieś wnioski z tego co się stało na Ukrainie?
- Obawiam się, że to nie do nich należy decyzja, ale do Amerykanów. Polskie ośrodki władzy nie są w stanie wyartykułować własnych celów w polityce wschodniej w opozycji do celów głównego sojusznika. Wnioski na pewno są, ale ich realizacja wymagałaby zmiany narracji politycznej na tym kierunku i przyznania się do błędu. Sytuacja jest bardzo trudna, gdyż przegrywa politycznie nacjonalistyczna, prozachodnia platforma polityczna a do głosu dochodzi biznes, który chce stabilizacji. Do niej jednak droga prowadzi przez Moskwę a na to w Polsce nikt nie jest przygotowany. Tak naprawdę jedyne środowiska, które są neutralnie odbierane na wschodniej Ukrainie są w Polsce stygmatyzowane jako „agentura Moskwy”. Czy ktoś się w rządzie przełamie i zacznie normalnie rozmawiać o naszych celach na wschodzie? Zobaczymy po jesiennych wyborach.

Rozmawiał : Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 19-20 (5-12.05.2019)

Dzial: