Do czego jest nam potrzebna geopolityka?

obraz.JPG
Geopolityka posiada wiele definicji, a dla mnie najbardziej odpowiada ta ze słownika Larousse, mówiąca, że geopolityka „jest nauką, która bada relację między cechami geograficznymi państwa a jego polityką”. Ponieważ polityka może być zmienna, a cechy geograficzne są stałe, zatem oznacza to w praktyce, że położenie geograficzne państwa wyznacza jego politykę, a przynajmniej, według mniemania geopolityków, wyznaczać powinno.

To przekonanie o przewadze znaczenia położenia geograficznego wydaje się być mało przekonywujące. Jest przecież wiele innych czynników, które mogą warunkować procesy polityczne. Wystarczy wymienić kilka: demografia, różnice cywilizacyjne, kulturowe, ideologiczne, religijne, rasowe, doświadczenia historyczne, poziom rozwoju gospodarczego i posiadane technologie militarne, rywalizacja o rynki zbytu i dostęp do surowców, czy ostatnio imigracja.

Dodatkowo, rozwój środków komunikacji powoduje, że znaczenie odległości i ważność jakichś pozycji geograficznych stale się zmienia. Dam jeden przykład. Krym był za czasów I Rzeczpospolitej niedostępny od strony lądu i tatarscy rabusie mogli bezkarnie najeżdżać polskie ziemie, porywać ludzi w jasyr i sprzedawać jako niewolników. Gdy w XVIII wieku wzrosła siła ognia wojsk lądowych i ich przewaga nad tatarskimi koczownikami to Krym mógł zostać wreszcie zdobyty przez Rosję. Tym niemniej dostępność do niego od strony morza nadal była łatwiejsza i szybsza niż od strony lądu. To okazało się w czasie Wojny Krymskiej w XIX stuleciu, gdy statki z Anglii dopływały z zaopatrzeniem na Krym w ciągu 10 dni gdy tymczasem Rosjanie mieli z Moskwy na Krym 1500 km i na przebycie takiej trasy rosyjski piechur albo wóz konny z zaopatrzeniem potrzebował ponad dwa miesiące.

Sytuacja znowu się zmieniła, gdy zbudowano tam kolej i podczas rewolucji bolszewickiej ten środek transportu umożliwił szybkie przerzuty i koncentracje wojsk czerwonych co, z kolei, uniemożliwiło utrzymanie się białych i interwentów na Krymie. Obecnie jego rola znowu jest inna i wynika z tego, że zainstalowane tam rosyjskie rakiety mają w zasięgu znaczny obszar Ukrainy a także cele w Rumunii, Mołdawii i Bułgarii. Widzimy zatem, że geopolityczna rola Krymu się zmieniała.

Geopolitycy tymczasem wszystkie inne wyznaczniki, za wyjątkiem geograficznego położenia, uznają za wtórne i mające mniejsze znaczenie. Jak poważne jest to mniemanie możemy się, dla przykładu, przekonać słuchając bardzo aktywnego ostatnio i popularnego geopolityka, jakim jest doktor i mecenas Jacek Bartosiak. Promując swoją ostatnią książkę przeprowadził na FB transmisję gdzie odpowiadał także na pytania.

I cóż ciekawego my się dowiadujemy? Ano okazuje się, że Polska leży na „pomoście bałtycko-czarnomorskim”. Już samo to określenie musi budzić niepokój, gdyż w potocznym rozumieniu pomost to tymczasowa konstrukcja drewniana, a zatem łatwa do zniszczenia. Na dodatek leżymy także w „strefie zgniotu”. To wcale nie lepiej, bo znowu, strefy zgniotu występują w pojazdach samochodowych i mają chronić kierowcę i pasażera. Z tego wynika, że Polska tym równoprawnym pasażerem w Europie, według prawideł tejże geopolityki, nie jest a ma tylko kogoś chronić.

To niestety jest dopiero początek niepokojących informacji. Okazuje się także, że zgodnie z jakimiś odwiecznymi prawidłowościami geopolitycznymi „Rzeczpospolita ma nastawienie imperialistyczne w defaulcie”. To by nie było nic złego, gdyby nie znaczyło, że jesteśmy, przez to, a raczej znowu przez geopolitykę, skazani na wojnę z Rosją. Według Bartosiaka polski teatr wojny znajduje się między Bałtykiem, Karpatami, Dźwiną i Dnieprem, aż do Morza Czarnego. Na pytanie: „Czy według Pana geopolityka determinuje nieuchronny antagonizm między Polską a Rosją?”, Bartosiak daje odpowiedź twierdzącą.

No to coraz lepiej; mamy się szykować na wojnę z Rosją, o czym zresztą Bartosiak mówi wprost: „zbudujmy najpierw wojsko do wojny z Rosją”.

Problem polega na tym, że wojsko to akurat Rosja ma bez mała dziesięciokrotnie bardziej liczniejsze niż Polska i na dodatek lepiej uzbrojone, gdyż duża cześć broni na wyposażeniu polskiej armii pochodzi z lat ’80 i w Rosji dawno już zostały te modele wymienione na nowsze.

Ale to wszytko jeszcze nic. Na pytanie: „Czy jest możliwe, że Rosja użyje broni jądrowej na terytorium Polski w konflikcie?”, pan mecenas stwierdza: „Tak jest możliwe, na poziomie taktycznym na pewno.”
I tu mam już dość. Ta geopolityka skazuje nas na wojnę z przeciwnikiem, który ma dziesięciokrotnie liczniejszą armię i na dodatek będzie używał na naszym terytorium broni jądrowej.
Ciekawe jak pan Bartosiak sobie taką wojnę wyobraża? Trzeba by nacierać z dziesięciokrotnie mniej licznym wojskiem na lepiej uzbrojonego przeciwnika i jeszcze jakoś unikać uderzeń jądrowych. Może je przeskakiwać, czy jak?

Chciałoby się zapytać, „jak żyć?”, ale wobec perspektywy użycia broni jądrowej to pytanie wydaje się zbyt optymistyczne, gdyż dopuszcza, że przeżycie tego jest w ogóle możliwe. Zatem do czego jest nam potrzebna taka geopolityka? Do „luftu” z taką nauką.

A przecież można by wprowadzić do tej nauki jakąś nową teorię aby wszystko wyglądało lepiej. Dla przykładu wystarczyłoby wypromować tezę, że każdy kto zajmie lub wkroczy na tereny Polski, jest skazany na klęskę i Polska jest taką geopolityczną „czarną dziura”, która pochłania wrogów i od której należy się trzymać z daleka. Można by też używać nazwy „strefa pochłaniania mocy”. To brzmi tak samo naukowo jak ta „strefa zgniotu” a może i lepiej. To ma przecież mocne podstawy. Trzy wielkie imperia, rosyjskie, niemieckie i austro-węgierskie miały w swoim składzie ziemie polskie i wszystkie upadły. Z Hitlerem to samo. Z ZSRR to samo. Napoleon z tych ziem zaatakował Rosję i przegrał. Podobnie zrobił Karol XII i efekt ten sam. Wystarczy troszkę to rozbudować teoretycznie i spopularyzować a wtedy nikt nas nie zaatakuje bo będzie się bał tej geopolitycznej „czarnej dziury”.

Teoria tak samo dobra jak każda inna w tej geopolityce. No i oczywiście nie można twierdzić, że to tylko Polska jest tą „czarną dziurą” bo wtedy byłoby to podejrzane. Takich obszarów jest na świecie wiele: Wietnam, Afganistan, może jeszcze Korea i kilka innych. Chyba się za to zabiorę, bo już nie mogę słuchać jak nam ciągle proponują wojnę atomową z Rosją.

Stanisław Lewicki