PRL w szarościach – odpowiedź Bohdanowi Piętce

kosecki 3.jpg
Mój tekst poświęcony Mieczysławowi Rakowskiemu (Myśl Polska, nr 15-16) doczekał się dość ostrej reakcji ze strony Bohdana Piętki w artykule pt. Czy Józef Cyrankiewicz popełnił nikczemne czyny w Auschwitz? (Myśl Polska, nr 19-20). Niestety, stanowi on kolejny przykład tego, że Autor, którego zawsze bardzo ceniłam i chętnie czytałam, coraz bardziej traci dystans do rzeczywistości i wręcz „radykalizuje” się, co negatywnie przekłada się na jakość jego publicystyki.

Dotyczy to nie tylko stawianych przez Autora tez, ale także warstwy językowej. Piętka, który w coraz widoczniejszy sposób traci kontrolę nad swoimi emocjami, nie jest już chyba w stanie spokojnie przeczytać niczego, bo wszystko zaraz kojarzy mu się z PiS-em i tradycją postsolidarnościową. W związku z tym nie zauważył, że nigdzie nie twierdziłam, że Józef Cyrankiewicz był agentem gestapo, lecz jedynie wskazałam na to, że są pewne przesłanki, które zmuszają każdego, kto interesuje się kwestią niemieckich kanałów wpływu w Polsce, do tego, żeby przyjrzeć się tej hipotezie. I nic więcej. I na pewno z dużym zainteresowaniem przeczytałabym napisany w rzeczowy sposób artykuł, w którym osoba mająca tak olbrzymią wiedzę jak Bohdan Piętka, wykazałaby, że oskarżenie to jest bezpodstawne.

Zamiast tego zostałam – dość brutalnie – zaatakowana i to z pozycji, które w moim przypadku są zupełnie chybione. Autor, niestety, zszedł już na poziom języka Gazety Polskiej i innych „patriotycznych” mediów. W tekście m.in. czytamy: „W zacytowanym fragmencie Autorka przytoczyła wszystkie, najbardziej głupie, oszczercze, chamskie, prostackie, łajdackie i ohydne kalumnie, którymi polska radykalna prawica „niepodległościowa” obrzuca od 30 lat Józefa Cyrankiewicza. To jest stały repertuar Tadeusza M. Płużańskiego, Wiesława J. Wysockiego, Leszka Żebrowskiego i innych przedstawicieli tego środowiska, dla którego tzw. dekomunizacja oznacza wymazanie z pamięci i wieczne utopienie w gnoju okresu Polski Ludowej. Ta filozofia wyklucza możliwość, żeby w okresie Polski Ludowej mogło być coś pozytywnego, a osoby wówczas działające politycznie mogły mieć jakieś chwalebne karty w życiorysie. Trzeba im więc wszystkim przypisać, jeśli nie współpracę z NKWD, to z gestapo, albo jakieś czyny kryminalne”. I w innym miejscu: „Niechże tzw. polska prawica zastanowi się nad tym co głosi i co robi. Bo nie robi nic innego poza plugawieniem historii Polski. Może co niektórym jej przedstawicielom wydaje się, że tylko dokopują Cyrankiewiczowi, ale faktycznie robią coś znacznie gorszego – plugawią i kompromitują przed światem historię Polski i historię polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. A potem mają pretensje, że ktoś na Zachodzie mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czy do tych pustych głów, tak chętnie powołujących się wszędzie na etykę katolicką, naprawdę nic nie może dotrzeć?”

Zupełnie nie wykluczam tego, że informacje na temat obozowej przeszłości Cyrankiewicza są fałszywe i że ich upowszechnianie przez osoby wymienione przez Autora służą tym celom, o których pisze. Ale sposób wyrażenia tej myśli, niestety, został dokonany w stylu właściwym właśnie dla Płużańskiego, Żebrowskiego i innych: kto myśli inaczej, to wylewa się na niego wiadro pomyj… Autor jest tylko w tej trudniejszej sytuacji, że nie może mnie zwymyślać od „ruskich agentów”… Gdyby natomiast chwilkę na spokojnie przemyślał mój artykuł, musiałby przecież dostrzec, że jest on pisany przez osobę, która za swojego Mistrza uważa Józefa Kosseckiego (na zdjęciu), któremu trudno zarzucić to wszystko, co zostało mi przypisane w powyżej cytowanym fragmencie.

Józef Kossecki był konsekwentnym kontynuatorem tradycji endeckiej i zgodnie z nią uważał, że nadal to właśnie państwo niemieckie stanowi największe zagrożenie dla narodu polskiego
. W swoich pracach i wystąpieniach wielokrotnie twierdził, że aparat państwa polskiego był i nadal jest mocno spenetrowany przez niemieckich agentów wpływu – tych świadomych, jak kapturowych (tzw. pożytecznych idiotów). Uważał, że istnieją poważne przesłanki ku temu, by zarówno M. Rakowskiego, jak i C. Kiszczaka uważać za niemieckie kanały wpływu. W momencie, kiedy natrafiłam na streszczony przeze mnie artykuł autorstwa Rakowskiego, uznałam, że stanowi on interesujący trop, który uwiarygadnia tezę Kosseckiego.

I dlatego postanowiłam przybliżyć go Czytelnikom. Niestety, wydaje się, że mój Mistrz był epigonem tej polskiej tradycji narodowej, która doskonale rozumiała, jak działa państwo niemieckie i że nadal dąży ono do całkowitego rozmontowania polskości. Zamiast tego osoby związane z tradycją endecką w coraz większym stopniu kierują się motywacjami ideologicznymi wierząc choćby w bajkopisarstwo Tomasza Gabisia, który konsekwentnie przedstawia Niemcy jako państwo opanowane przez „lewactwo” i prawie „okupowane” przez Stany Zjednoczone, a przez to niezdolne do niczego, co mogłoby zagrażać narodowi polskiemu. Niestety, rozpoznanie tego, co się dzieje za naszą zachodnią granicą wśród polskiej prawicy jest praktycznie na zerowym poziomie, a próby wprowadzenia tego tematu na agendę są notorycznie blokowane, choćby takimi tekstami jak ten napisany przez mojego Oponenta.

Pójdźmy dalej. Autor pisze: „W artykule Magdaleny Ziętek-Wielomskiej znalazłem również zdumiewające, w kontekście układu PRL-RFN z 7 grudnia 1970 roku, dywagacje na temat Mieczysława F. Rakowskiego jako „kanału wpływów niemieckich” w PRL. Pragnę przypomnieć, że ten układ – którego najważniejszym postanowieniem było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej – został zawarty przez socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta i że ówczesna prawicowa opozycja niemiecka pod przewodnictwem m.in. Helmuta Kohla była mu przeciwna. Nie jest dzisiaj już tajemnicą, że w 1990 roku Helmut Kohl jako kanclerz jednoczących się Niemiec nie chciał uznać granicy nad Odrą i Nysą Łużycką. Bez układu polsko-zachodnioniemieckiego z 7 grudnia 1970 roku wymuszenie na zjednoczonych Niemczech uznania tej granicy byłoby prawdopodobnie niemożliwe. Doprowadzając do podpisania układu pomiędzy PRL i RFN w grudniu 1970 roku Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz i Mieczysław F. Rakowski działali na rzecz polskiej, narodowej racji stanu, co oczywiście także nie mieści się w horyzontach myślowych osób przedstawiających PRL jako „sowiecką okupację” lub państwo niebyłe (w 1968 roku ponoć nie było Polski, jak stwierdził obecny premier M. Morawiecki). Wyżej wymienieni przywódcy i politycy PRL obronili wtedy polską, narodową rację stanu. To jest jedyny uprawniony wniosek. Wszelkie inne są niepoważne”.

I znowu, gdyby Autor nie kierował się zaślepiającymi emocjami, dostrzegłby, że w moim tekście podpisuję się pod wszystkim, co zostało wyżej zacytowane. Oczywiście, że uważam, że było to zgodne z polską racją stanu, co zupełnie nie wyklucza tego, że inspiratorem całej sekwencji wydarzeń mogła być strona niemiecka, posługująca się choćby takim kanałem wpływu, jak M. Rakowski! Przecież nie jest tak, że zawsze i wszędzie, to co leży w niemieckim interesie, siłą rzeczy musi być sprzeczne z interesem Polski!

Ostpolitik była genialnym narzędziem niemieckiej socjaldemokracji do realizacji interesów tego państwa i RFN przyniosła zdecydowanie więcej korzyści, niż wcześniejsza doktryna Hallsteina! I oczywiście do dzisiaj nawet wielu Niemców tego nie rozumie – sama znam niezliczone historie, jak jeszcze do niedawna niektórzy zwolennicy CDU/CSU pluli na widok zdjęć Brandta klęczącego w Polsce, wyzywając go przy tym od zdrajców… W każdym bądź razie, nie mam wątpliwości, że M. Rakowski był niemieckim kanałem wpływu – nie przesądzam, że był „płatnym agentem”, mógł być po prostu fascynatem socjalizmu demokratycznego i niemieckiej SPD i szczerze wierzył we wszystko, co robił. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych mógł także przyczyniać się do realizacji polskiej racji stanu, natomiast w latach 80-tych – moim zdaniem – działał konsekwentnie przeciwko interesom narodu polskiego.

Bohdan Piętka, który widzi już tylko postsolidarnościowe szaleństwo, zaczyna powoli popadać w drugą skrajność i postrzegać PRL jako państwo w pełni suwerenne. Moim zdaniem wolnym od obydwu skrajności był Kossecki, który konsekwentnie głosił tezę, że PRL początkowo był państwem w pełni zależnym od Moskwy, ale z biegiem czasu coraz bardziej uniezależniał się od tego ośrodka wpływu. W moim tekście zostało to także pokazane: Gomułka w kwestii porozumień z RFN działał dość samowolnie. Sam życiorys Kosseckiego był także tego dowodem: „za Gomułki” za działalność narodową przesiedział dwa lata w więzieniu, natomiast „za Gierka” legalnie publikował swoje najważniejsze rozprawy naukowe.

Kategorycznie stwierdzam, że Bohdan Piętka myli się, dowodząc, że propagowanie drugiej skrajności przyczyni się do zaniku tej pierwszej, którą tak samo jak on uważam za niezwykle szkodliwą dla dobra narodu polskiego. Polacy nie potrzebują kolejnych uproszczeń, grubo ciosanych gloryfikacji albo totalnych potępień, tylko wiedzy na temat tego, jak niezmiernie skomplikowana jest polityka każdego państwa, która zawsze jest areną ścierania się różnych grup interesów – wewnętrznych i zagranicznych. Im głębsze zrozumienie tych skomplikowanych mechanizmów, tym większe szanse na to, że naród nie da się otumanić przez siermiężne hasła propagandowe.

Niestety, redaktor Piętka sam już nie potrafi oderwać się od takich czarno-białych schematów, co dziwi, zważywszy na to, że jest historykiem posiadającym sporą wiedzę na temat najnowszej historii Polski. Widocznie jego zrozumienie kwestii tego, jakimi metodami posługują się nowoczesne państwa, a takim bez wątpienia jest RFN, jest zbyt małe, by precyzyjnie pokazać kulisy różnych wydarzeń politycznych. Mam nadzieję, że inni Czytelnicy, którzy przeczytali mój tekst, dostrzegli te aspekty, których dostrzec nie zdołał mój Oponent.

Swoją krótką odpowiedź zakończę więc smutną kontestacją, że czytając publicystykę Bohdana Piętki coraz częściej mam przed oczami pisowską redaktor Ewę Stankiewicz, która przegapiła moment, kiedy jeszcze mogła nabrać dystansu do rzeczywistości i dosłownie z szaleństwem w oczach zaczęła tropić ruskich agentów itp. Rzeczywistość zawsze była zakłamana a polityka domeną ludzi cynicznych i perfidnych, posługujących się tymi mniej mądrymi. Dlatego należy zachować dystans do tego, co się bada i opisuje, czego niestety, od pewnego czasu, nie widzę już w tekstach Piętki.

Wrzucenie do jednego worka dorobku Kosseckiego oraz jego najzagorzalszych przeciwników świadczy o utracie zdolności analitycznych przez mojego Oponenta, który nie jest w stanie myślowo oderwać się od znienawidzonej przez siebie postsolidarnościowej propagandy. Szkoda, bo mógłby zrobić zdecydowanie lepszy użytek z posiadanej przez siebie wiedzy, czego Jemu i Polakom szczerze życzę.

Magdalena Ziętek-Wielomska
Od redakcji: na tym kończymy polemikę w tej sprawie