Sprawa Ireneusza Jabłońskiego

irek.jpg
Nie jestem znawcą problematyki komunistycznych służb specjalnych, podobnie jak nie specjalnie interesuje mnie kwestia ich roli w najnowszej historii Polski. Nie trzeba być jednak w tej materii fachowcem by dostrzec prawidłowości rządzące historią tych struktur w naszym kraju.

Otóż donosicielstwo z przyczyn oczywistych zawsze uważane było za rzecz nikczemną, zwłaszcza gdy obejmowało kolegów z jednego obozu politycznego i wiązało się z gratyfikacją finansową. Sprawa roli służb specjalnych w wydarzeniach dokonujących się w ostatnich latach w Polsce jest jednak poważniejsza niż dylematy moralne związane z donoszeniem. Służbom tym przypisuje się wszechmocne właściwości, kierowania zza kulis życiem publicznym kraju. Zgodnie z tym uzasadnieniem dzięki dostępowi niektórych polityków do tajnych służb umocniły się ich wpływy w polityce, mediach, wojskowości, sektorze finansów czy bankowości.

W takiej sytuacji jest oczywiste, że w reakcji na powyższy stan rzeczy wytworzyła się w Polsce specyficzna waloryzacja – otóż siły polityczne o orientacji patriotycznej (a zwłaszcza w tej roli występuje PiS, choć narrację tą przejmują od PiS-u także inne partie) w sposób bezwzględny tropią powiązania polityków z dawnym aparatem bezpieczeństwa chcąc oczyścić naszą politykę i gospodarkę ze szkodliwych wpływów i układów za pośrednictwem lustracji i dekomunizacji. Obserwujemy tutaj duże zacięcie. Osoby, na których padnie choćby cień podejrzenia udokumentowanego w teczkach dawnej bezpieki w sposób bezprzykładny są eliminowane z życia publicznego, nie zawsze nawet w drodze formalnych decyzji politycznych zwierzchników, co oddolnego linczu, będącego udziałem massmediów. Praktyka ostatnich lat potwierdzała, że wszelkie próby tłumaczeń, wyjaśnień składanych przez poszkodowanego dotyczących okoliczności jego rzekomej współpracy – jedynie pogarszały sytuację bardziej go pogrążając. Stąd wyrok zapadał w sposób bezwzględny i bez odwołania.

Patrząc z tego punktu widzenia na ostatnią sprawę wiceprezydenta Łodzi Ireneusza Jabłońskiego i jego powiązań ze służbami PRL należy być tym bardziej sceptycznym. Sytuacja wydaje się być beznadziejna z punktu widzenia zainteresowanego. Mało jest bowiem argumentów, które mogłyby go postawić w pozytywnym świetle bądź jakoś uzasadnić niefortunną decyzję o współpracy sprzed wielu lat – przyjmując nawet, że argumenty takie miały by jakiekolwiek znaczenie, co jest wątpliwe w świetle tego co napisałem powyżej. Oświadczenia Jabłońskiego, że od blisko ćwierć wieku nie miał żadnych kontaktów ze służbami specjalnymi ani że po zakończeniu pracy w wywiadzie nigdy nie wywierano na niego jakichkolwiek nacisków brzmią - jak na pisowskie standardy - dość niewiarygodnie.

Ustalmy jednak fakty. Jak podają media Ireneusz Jabłoński był funkcjonariuszem peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie Gustaw, a potem tzw. nielegałem wywiadu PRL. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż Jabłoński w 1988 r. sam zainicjował kontakt z SB, tłumacząc, że „chce od życia czegoś więcej”. W SB szybko mieli się zorientować, że Jabłoński jest świetnym materiałem na funkcjonariusza, stąd został przejęty przez komórkę wywiadu PRL zajmującą się tzw. nielegałami, czyli agentami prowadzącymi działania wywiadowcze nielegalnie, pod inną tożsamością. Nielegałowie działali w głębokiej konspiracji, w obcym kraju, poza oficjalnymi strukturami przedstawicielstw PRL. W PRL „nielegałowie” należeli do najbardziej cennej i sprawdzonej agentury komunistycznych służb i najbardziej elitarną strukturą wywiadu PRL. Jabłoński był przygotowywany do pracy w Niemczech Zachodnich.

Zwraca się uwagę, że już po przełomie 1989 r. Jabłoński był m.in. burmistrzem Łowicza, zasiadał w zarządach kilku banków, był także członkiem zarządu Centrum im. Adama Smitha, a od dwóch lat jest wiceprezydentem Łodzi. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że dla zwolenników teorii o zakulisowych wpływach służb specjalnych na życie publiczne kariera Jabłońskiego (polityka, bankowość) nie była przypadkowa; osobiście rozumowanie takie uważam jednak za bezzasadne, o czym piszę poniżej. Jabłoński po ujawnieniu przez „Gazetę Polską” informacji o jego przeszłości, stwierdził, że nie miał nic wspólnego z SB, a był pracownikiem wywiadu cywilnego MSW. Nie był przygotowywany do pracy w kraju, lecz za granicą. Jabłoński przypomniał także, że jako student Politechniki Łódzkiej był wielokrotnie przedmiotem intensywnej inwigilacji prowadzonej przez służby bezpieczeństwa PRL.

Przyjrzyjmy się jednak w sposób szczególny motywacji, którą podaje Jabłoński do podjęcia pracy na rzecz polskiego wywiadu, bo będzie ona punktem wyjścia do moich dalszych rozważań. Otóż wiceprezydent Łodzi podaje dwie kluczowe przyczyny podjęcia współpracy: a) patriotyzm, to znaczy chęć działania na rzecz racji stanu Państwa Polskiego, w taki sposób w jaki to było wtedy możliwe; b) naturalne w tym wieku zainteresowanie tajnymi operacjami wywiadowczymi prowadzonymi poza granicami kraju.

Zanim przejdę do dalszej analizy chciałbym wyjaśnić, iż nie zamierzam usprawiedliwiać decyzji Jabłońskiego. Uważam ją za dość niefortunną i mało przezorną. Trudno mi zrozumieć co skłoniło wiceprezydenta Łodzi do uwikłania się w grę w komunistyczną bezpieką w momencie gdy PRL w sposób nieodwołany chyliła się ku upadkowi. Gotów jestem jednak zgodzić się z tezą, że współpraca taka może być uzasadniana patriotyzmem i chęcią służenia państwu i tym tematem chciałbym się teraz zająć.
Wyjdźmy od oczywistej tezy, że PRL była w latach 1945-1989 jedyną oficjalną władzą państwową, stąd współpraca osoby o inklinacjach patriotycznych z służbami tego państwa mogła być według mnie usprawiedliwiona.

Nie dotyczy to oczywiście warunków funkcjonowania opozycji, tzn. sytuacji, w której ktoś będąc zaangażowany w działalność opozycji politycznej jednocześnie donosi do bezpieki na kolegów. Ale z taką sytuacją, jak ustaliliśmy, w przypadku Jabłońskiego nie mieliśmy do czynienia. Poza tym zanim podejmiemy decyzję o współpracy winniśmy wziąć pod uwagę jaka jest owa władza, której służymy, czy nie jest ona np. okrutna bądź tyrańska, czy w końcu jest to władza polska czy z obcego nadania.

W przypadku PRL odpowiedzi na powyższe wątpliwości wypadną na niekorzyść tejże władzy – ale nie do końca. Nie była PRL władzą tyrańską, a zakresy możliwości legalnego działania w jej ramach sukcesywnie się powiększały, aż do momentu, gdy NSZZ Solidarność przeniknęła do oficjalnych struktur tejże władzy i rozsadziła ją od środka. Czy było by to możliwe gdybyśmy od początku przyjęli strategię skrajnej nieufności – w stylu zalecanym przez PiS i IPN – i dystansowali się od samej myśli o współpracy z PRL? Twierdzę przeciwnie, że trzeba było podjąć to grę z władzą, podjąć ją i ją wygrać.

Poza tym chciałbym na chwilę zatrzymać się na argumencie podnoszonym przez niektórych myślicieli zwłaszcza o proweniencji konserwatywnej, że każdy rodzaj władzy wymaga od nas szacunku. Ta z pozoru barbarzyńska teza posiada swoje głębokie umocowanie w filozofii, a zwłaszcza w tej tezie, że tylko dobro jest skłonne do twórczego działania – tworząc określony ład, hierarchiczny porządek. Oczywiście można się ustawić w opozycji do tego ładu i taką postawę zalecali zawsze rewolucjoniści i lewicowcy, którzy pragnęli wywrócić porządek do góry nogami. Zgodnie z tym uzasadnieniem, jeżeli już mamy do czynienia z systemem władzy, który cechuje się trwałością i stabilnością, to z tego faktu władzę tą należy szanować. Mało tego tak definiowana władza – pochodzi od Boga.

Po raz pierwszy myśl tę wyraził św. Paweł. „Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te które są, zostały ustanowione prze Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu” – pisze św. Paweł w liście do Rzymian. Takie rozumienie władzy następnie było podstawą myśli Ojców Kościoła – św. Augustyna i jego koncepcji Civitas dei, w którym niedogodności podwładnych związane z niegodziwą władzą zrzucano na karb Boskiej Opatrzności a potem św. Tomasza i jego koncepcji De regno głoszącej, że „z rządów Bożych należy wnioskować, na czym polegają rządy króla”. Następnie odwoływali się do niej myśliciele konserwatywni walczący z przesądem Rewolucji Francuskiej.

W Polsce rozkwitało ono w dziełach konserwatystów doby rozbiorów, którzy zalecali dystans względem rewolucyjnych nowinek z Francji i posłuszeństwo wobec postanowień Kongresu Wiedeńskiego i Świętego Przymierza. Na tej samej podstawie zwalczano podejście insurekcyjne i polski romantyzm polityczny, a podobne stanowisko zajmowała też stolica apostolska. Wszystkie te stanowiska zalecały posłuszeństwo wobec legalnych struktur władzy. Zgodnie z tym uzasadnieniem nawet jeżeli władza mogła się wydawać nam nieprzychylna będąc np. z zewnętrznego nadania – w pierwszej kolejności zawsze trzeba wykorzystać metody legalnego działania, zwłaszcza, gdy nie było szans na zwycięstwo w drodze walki zbrojnej, która oznaczała jedynie niepotrzebny przelew krwi.

Myślenie to miało swoją kontynuację w okresie PRL-u, który choć był porządkiem narzuconym nam z zewnątrz, to jednak Polacy mieli w nim możliwości działania dla dobra ojczyzny. Stąd wiele przedwojennych autorytetów politycznych, np. o rodowodzie endeckim, dystansując się od metod walki czynnej podejmowanych przez hołubionych dziś żołnierzy wyklętych zalecało inną strategię polityczną, tj. podjęcie ważnych obowiązków dla odbudowującej się z gruzów ojczyzny, która uzyskała nowe korzystne położenie geopolityczne. Można zresztą pokusić się o twierdzenie, że im trudniejsze są warunki brzegowe (zależność wasalna od Rosji) tym większa winna być motywacja ludzi prawych do inicjatywy na rzecz dobra ojczyzny.

W takiej sytuacji politycznej funkcjonował właśnie Ireneusz Jabłoński w latach 80-tych decydując się na współpracę z wywiadem PRL w imię polskiej racji stanu i trzeba powiedzieć, że miał podstawy by odwoływać się do patriotycznej motywacji choć okazał się oczywiście słabym realistą politycznym nie potrafiąc przewidzieć, że władza, której pragnął służyć chyli się ku upadkowi.

Jeżeli chodzi o lata 90-te to był to okres działalności Jabłońskiego w Unii Polityki Realnej, w której miałem okazję go osobiście poznać i znamy się stamtąd zresztą do dzisiaj – głównie dzięki odbywającym się rok rocznie Sympozjonom Europejskim w Kotlinie Kłodzkiej. Zawsze go pamiętałem jako osobę o wysokich kwalifikacjach merytorycznych i moralnych. Pominę w tym kontekście milczeniem wypowiedź funkcjonariusza IPN udzieloną w TV, o tym, że zaprogramowany Jabłoński mógł realizować agenturalne programy także w latach 90-tych, gdy udzielał się w prawicowych partiach i organizacjach społecznych. Po prostu spekulacje takie uważam za całkowicie wyssane z palca.

Chciałbym się z natomiast odnieść do wypowiedzi innego naszego kolegi i uczestnika wspomnianych sympozjonów Macieja Walaszczyka, której udzielił w Wiadomościach TVP 1 z dnia 29.03.2017 zwłaszcza, że wypowiedź ta jest ważna dla legitymacji ideowej środowiska, z którego się osobiście wywodzę. Otóż Walaszczyk we wspomnianej wypowiedzi przypomniał, że w drugiej połowie lat 90-tych doszło do rozłamu w UPR, a podstawą tego rozłamu był stosunek do lustracji i tym samym do kandydatury Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich.

Walaszczyk nie omieszkał wspomnieć, że Jabłoński w ramach wspomnianej frondy poparł grupę przeciwników lustracji. Takie postawienie problemu wystawia złe świadectwo wspomnianej grupie, sugerując, że broniła ona własnych przywilejów bądź, że miała coś do ukrycia, podobnie jak złe świadectwo wystawia Jabłońskiemu. Nadmieniam jednocześnie, że choć z formalnego punktu widzenia Walaszczyk nie popełnił błędu, niemniej sam kontekst jego wypowiedzi udzielonej PiS-owskiem mediom – wypadł dość niefortunnie.

Reasumując, Ireneusz Jabłoński decydując się na współpracę z SB w 1988 roku wydał na siebie wyrok polityczny. Z takim życiorysem nie będzie już mógł sprawować wysokich funkcji publicznych w niepodległej Polsce. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, iż postawę Jabłońskiego oceniam osobiście jako szlachetną, choć nie do końca rozważną. Służba na rzecz elitarnych jednostek w SB (w formule tzw. nielegała) mogła się rzeczywiście wydawać mu jedyną formą legalnej działalności, która służyłaby interesom Polski, a nie obcym mocarstwom, w tym np. państwom zachodnim. Stosując analogie historyczne była to postawa typowa dla polskich konserwatystów zaborowych i z tego też punktu widzenia zawsze będzie ona rodzić zarzuty o kolaborację i zdradę, a tylko nieliczni i idący pod prąd będą mieli odwagę wystawiać jej pozytywne świadectwo.

Michał Graban
www.michalgraban.pl
Na zdjęciu: Ireneusz Jabłoński (z lewej), bok Adam Sadowski.

Myśl Polska, nr 17-18 (23-30.04.2017)

Dzial: