W pracowni mistrza Liu Dawei

tianjin_china.jpg
Chiny, Chiny… rzymska Serica, Kataj – Marco Polo, czy łacińska – Sina albo jak mówią sami Chińczycy: Zhongguo, Tianxia czy Zhengzou, to kraj zaskoczeń i zadziwień, kraj tak wielki i różnorodny, że można opisywać go na setki sposobów, jednak to właśnie z powodu tej wielkiej różnorodności możemy to czynić zaledwie fragmentami.

Moje chińskie wrażenia dotyczyć będą więc tylko i aż jednego miasta o nazwie Tianjin – jednego z czterech chińskich miast wydzielonych 20-milionowej metropolii leżącej nad zatoką Pohaj, częścią Morza Żółtego i niedaleko końca Wielkiego Kanału łączącego rzeki Huang He i Jangcy.

Różnorodność Państwa Środka poza ogromnym zróżnicowaniem geograficznym polega także na wielkim zróżnicowaniu kulturowym, bowiem ponad 50 grupach etnicznych zamieszkuje ten kraj. W okręgu Tienjino, którym piszę, można, bowiem spotkać Chińczyków Han, Hi, Koreańczyków, Mandżurów i Mongołów, a językiem używanym jest dialekt mandaryński, który różni się całkowicie od języka urzędowego, czyli puthonga używanego w oddalonej zaledwie o dwie godziny drogi stolicy, czyli Pekinu.

Wielka metropolia Tijanjin była kiedyś małą wioską rybacką, teraz to wielki ośrodek handlu i przemysłu elektronicznego, informatycznego, metalurgicznego, samochodowego, maszynowego, chemicznego, petrochemicznego, włókienniczego, spożywczego i stoczniowego – znajduje się tu, bowiem ważny port jak mówią czwarty, co do wielkości na świecie. W związku z tym wielkim rozwojem przemysłów wszelkich chińscy gospodarze pokazywali nam, uczestnikom warsztatów dla pisarzy zagranicznych, głównie swoje osiągnięcia gospodarcze. Dzielnica, w której znajdował się nasz hotel Scott to najnowocześniejsza część Tianjin oddalona od samego miasta o 50 minut jazdy metrem.

Dzielnica nosi nazwę TEDA, co jest skrótem od Technological Development Area. TEDA to miasto XXI wieku zabudowane kilkudziesięcio-piętrowymi drapaczami chmur. To popis najnowszej techniki i architektury z centrami handlowymi schowanymi pod ziemią oraz mini parkami z fontannami i strumieniami na powierzchni. To metropolia przyszłości zaplanowana z rozmachem, ale często także tym rozmachem przytłaczająca, bo współczesny człowiek a szczególnie Europejczyk, przyzwyczajony do przytulnych zabytkowych europejskich miast czuje się tu jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej zagubiony.

Tak też było i ze mną prze pierwsze dni mojego miesięcznego pobytu w TEDA. Później, kiedy już przywykłam, że do sklepu spożywczego zjeżdża się pod ziemię a do stacji metra wjeżdża na drugie piętro przestałam dziwić się i zrozumiałam, że w takim miejscu na próżno szukać atmosfery starych Chin i że szklane domy, beton, kamień i aluminium to raczej słaby materiał poetycki. Kiedy więc całkiem zrezygnowana przestałam rozglądać się za choćby cieniem świątyni czy starego inspirującego poetycko miasta – wydarzyło się to, o czym postanowiłam opowiedzieć.

Na kilka dni przed naszym powrotem do Polski – chińska wolontariuszka LiuHuiQin, czyli „Tracy”, jak sama się nazwała z angielska, zaprosiła nas, czyli pisarkę bułgarską Zdrapkę, Jevrafimową, Xu Qindziennikarkę „Szanghai Daily” i mnie na wycieczkę jak sama to nazwała „na wieś”. Owa wieś rozciąga się pomiędzy ogromnymi dzielnicami Tianjin, czyli Hebei, Hedong, Heping, Hexi, Honggiao, Nankai, i Binhai, czyli naszej TEDY. Niestety nazwy owego miejsca nie udało mi się zapamiętać, myślę, że mój drogi czytelnik mi to wybaczy.

Propozycję wycieczki przyjęłam entuzjastycznie, bo oczywiście bardzo byłam ciekawa jak też wygląda chińska wieś? Podczas kilku wycieczek, w trakcie których wyjeżdżaliśmy poza kamienno-szklaną TEDĘ nie udało mi się zobaczyć nic, co by wyglądało jak nasze polskie wsie – żadnego pola uprawnego, budynków gospodarczych, lasku, czy łąki. Krajobraz wokół Tianjin to rozległe aż po horyzont zakończony wysokimi budynkami nowych osiedli puste gliniaste przestrzenie poprzedzielane gdzieniegdzie stawami hodowlanymi i zagajnikami wierzby czy bambusa.

Pomiędzy tymi osiedlami można było dojrzeć tylko charakterystyczną dla wielkich zakładów przemysłowych zabudowę. Jakieś kominy, hale produkcyjne, magazyny, lecz wsi w naszym znaczeniu nie było. Nie ma bowiem w Chinach prywatnej własności ziemi i nadaremno by szukać wiejskich podwórek z sadami i przydomowymi ogródkami, …choć jak się miało okazać niebawem są w tej regule i wyjątki…

Po kilkunastu minutach jazdy przez zatłoczone Tianjinskie ulice nowym, luksusowym bielutkim samochodem Tracy, zjechałyśmy z szerokiej, czteropasmowej autostrady i wyjechałyśmy poza obręb zabudowany. Droga była wąska i szara od pyłu, po obu stronach obsadzona krzakami bambusa i wierzby. Po kilkunastu minutach skręciłyśmy w prawo i zatrzymałyśmy się przed dość wysokim murem zakończonym pięknymi, brązowymi ceramicznymi dachówkami oraz wielką ozdobną bramą pomalowaną na ciemno czerwony kolor, z mosiężnymi kołatkami w kształcie wykrzywionych twarzy. Brama była szeroka i okazała, zwieńczona dachem w stylu chińskim, z wygiętymi łagodnie spadami – dachem, o którym Chińczycy mówią, że wygląda jak skrzydła lądującego żurawia.

Po obu stronach szerokiego wejścia na murze z białej cegły umieszczono kilka złotych tablic z chińskimi napisami, świadczących o powadze miejsca i statusie zamieszkującej za tym murem rodziny. Tracy wyjaśniła nam, że gospodarz tajemniczego ogrodu za ozdobną bramą, poza oczywiście wysoką funkcją w partii komunistycznej, jest jednym z niewielu prywatnych posiadaczy ziemskich. Posiada, bowiem kilka hektarów ziemi a na niej szklarnie i pieczarkarnie, (choć może słuszniej by powiedzieć – grzybiarnie, bo takich jak u nas pieczarek tu w Chinach nie zauważyłam). Uprawia się za to ogromną ilość przeróżnych dziwnych i nieznanych u nas grzybów i grzybków, szarych, białych, brązowych i czarnych, które według przepisów kuchni chińskiej dodaje się do większości potraw.

Produkcja ogrodnicza to jednak nie wszystko, co robi jej przyjaciel – wyjaśniła nam Tracy. Poza działalnością rolniczą żona pana Li Dawei prowadzi również restaurację, w której będziemy miały przyjemność spróbować potraw z uprawianymi w gospodarstwie grzybami. Słysząc to bardzo się ucieszyłam, bo uwielbiam chińskie grzyby szczególnie czarne miękkie mun albo inne, Enokitake, które wyglądają trochę jak nasze opieńki, albo psie grzybki – białe, zebrane w duże pęczki na długich i cienkich nóżkach.

Kiedy przekraczałyśmy bramę posiadłości państwa, Dawei słońce chyliło się już ku zachodowi. Ciepłe promienie oświetlały czerwoną bramę i odbijały się od wykrzywionych twarzy odlanych w mosiądzu maszkaronów. Tracy zdecydowanym krokiem podeszła do ciężkich drzwi i otworzyła je. Wyjrzałam zza jej pleców, wypatrując gospodarzy i zdziwiłam się, bo nikt nas nie witał. Weszłyśmy na spore zadbane podwórze. Kilka metrów od wejścia na drodze prowadzącej od bramy znajdował się ogromny siwy głaz z poszarpanymi brzegami bardziej niewielka skałka o wypłukanych przez wodę brzegach wyglądająca jak oryginalna, naturalna rzeźba. Skałka, której towarzyszyły dwie niewielkie palmy cykas ustawiona była na samym środku drogi prowadzącej od bramy do drzwi budynku mieszkalnego – jak widać zgodnie z chińską zasadą kształtowania powierzchni mieszkalnej feng-shui.

Po prawej stronie posiadłości znajdował się dość duży i robiący wrażenie dzikiego ogród, w nim stare zabytkowe narzędzia rolnicze, drewniane taczki i brony – a po lewej stronie podwórza nowoczesny budynek dość mocno przeszklony. Przez wielkie okna można było zobaczyć wnętrze a w nim sztalugi z olejnymi portretami. Przed budynkiem pod wysokim rozgałęziającym się na trzy wielkie konary jaworem stał prosty drewniany stół, otoczony ławami do siedzenia a na nim duża kamienna pięknie rzeźbiona taca do herbaty.

Na tym nieznanym terenie, w dzikim ogrodzie, do którego weszłyśmy bez wiedzy gospodarzy poczułam się dość niepewnie. Cały czas rozglądałam się z nadzieją, że może ktoś wyjdzie nam na spotkanie, ale byłyśmy same. Po chwili jednak zauważyłam, że Tracy czuje się w tym domu swobodnie, wiec przyjęłam to za normę i już odważniej podążałam za przewodniczką.

Za przeszklonym budynkiem z obrazami oddzielony zaledwie żwirową ścieżką wyłożoną kamiennymi kołami podobnymi do młyńskich znajdował się drugi budynek, do którego poprowadziła nas Tracy. Na ganku, pod niewielkim daszkiem zobaczyłam bardzo oryginalną mozaikę – czy może lepiej powiedzieć płaskorzeźbę będącą swoistym kolażem utworzonym z ceramicznych naczyń wmurowanych w ścianę. Serce mi drgnęło, bo naczynia miały piękną formę i bajeczne kolory. W Polsce w wolnych chwilach zajmuję się, co prawda tylko amatorsko ceramiką, ale wiem ile pracy trzeba włożyć w wykonanie tak skomplikowanych kształtów i osiągnięcie takich intensywnych barw. Byłam pod wrażeniem, jednak prawdziwe cuda czekały mnie w środku. Budynek okazał się bowiem pracownią i salonem wystawowym znanego artysty chińskiego, malarza, rzeźbiarza i ceramika, członka Związku Artystów Chin pana Liu Dawei, a ceramiczne cuda wykonane przez mistrza swoją wyjątkową urodą naprawdę zapierały dech w piersiach. Wyjęłam telefon i zachwycona zaczęłam fotografować.

zel 4_0.jpg

Fotografowałam wysokie ceramiczne wieże przypominające indiańskie totemy, ogromne dzbany zdobione chińskimi stylizowanymi napisami, figurki naturalistyczne z nieszkliwionej gliny biscuitowej, rozłożyste rogi bawole wieńczące wejścia do pomieszczeń, wykonane z ceramiki z zadziwiającą sprawnością i wiernością sągi drzewa i przedziwne i oryginalne talerze z zastygłymi na ich powierzchni kroplami rozpływającego się szkliwa… byłam oczarowana.

Zaskoczone ilością zgromadzonych prac, weszłyśmy po schodach na piętro do wielkiej sali ekspozycyjnej gdzie na dużych białych sześcianach ustawione były pozostałe prace mistrza.
Widać było, że artysta czerpał inspiracje z natury rzeźby, bowiem przedstawiały zadziwiająco wiernie odtworzone zwierzęce czaszki zwieńczone długimi rogami. Czaszki gazeli, antylop, kozic, bawołów szkliwione na piękne kolory ochry, ciemnej zieleni, bieli. Dalej stwory morskie: ogromne czerwone kraby składające jaja, brązowo białe muszle gigantycznych ślimaków tak wierne oryginałom, że wydawać by się mogło, iż stworzyła je sama natura a nie ręka człowieka. Wielkie wrażenie robiły również zdobiące naczynia elementy roślinne: zapętlone pnącza z obłymi nasionami czy owocami, pękate tykwy, skręcone bluszcze, powoje, długie strąki fasoli, pełne dynie, brzuchate owoce. A także krągłe wazy, kule zdobione chińskimi napisami oraz skomplikowane – wysokie na dwa metry wieże, które łączyły w sobie śliskość i kolor zestawione z matową szorstkością wypalanej surowej jak cegły nieszkliwionej gliny.

To wszystko było tak piękne i barwne, kolory tak głębokie i różnorodne, od mlecznej bieli, matowych kremów i żółtawego beżu kości i czaszek, przez żółcie kadmowe, ceglaste brązy, sienny, pomarańcze, cynobry, karminy, laki, fiolety, ultramaryny, błękity, turkusy, jasne i ciemne butelkowe zielenie aż do kostnej czerni i najtrudniejszego do osiągnięcia dla ceramików kobaltu.
Stałam jak oniemiała, nie mogąc oderwać oczu od tych przepięknych kolorów szkliwa i angoby – znalazłam się, bowiem w ceramicznej krainie baśni…

Z radością dziecka wędrowałam po salonie wystawowym starając się zapamiętać te wszystkie zwierzęco-roślinne gliniane cudeńka. Po dłuższej chwili i sfotografowaniu wszystkich wystawionych prac, ze zdziwieniem zorientowałam się, że zostałam w wielkim pomieszczeniu zupełnie sama. Tracy, Xu Qin i Zdravka gdzieś zniknęły. W poszukiwaniu koleżanek zajrzałam do pokoju na tyłach sali wystawowej. Pomieszczenie robiło wrażenie pracowni kaligrafii, bowiem na długich stołach rozłożone były długie zwoje białego papieru a na małym biurku przy samym wejściu leżały porzucone w artystycznym nieładzie przybory do pisania: pędzle i pędzelki, miseczki oraz pojemniki z tuszami. Jednak i tu nie zastałam nikogo, zrobiłam, więc szybko zdjęcia i gasząc światło w sali wystawowej zeszłam po schodach na dół.

Tam także nie znalazłam moich towarzyszek, wszędzie było cicho i pusto, niewiele, więc myśląc otworzyłam drewniane surowe drzwi zwieńczone rogami afrykańskiego bawoła i weszłam do kolejnego pomieszczenia – jak się okazało pracowni ceramicznej mistrza.

zelenay 2_0.jpg

Znajdował się tu ogromny piec wielkości przyczepy campingowej z szynami, po których można przesuwać ciężkie gliniane rzeźby. Reszta pracowni zastawiona była rozpoczętymi rzeźbami, beczułkami z angobami i szkliwami, oraz narzędziami rzeźbiarskimi. Ośmielona pustką poprzednich pomieszczeń weszłam do środka i zaczęłam fotografować wnętrze. Podeszłam do pieca, żeby go lepiej zobaczyć … i nagle, telefon wypadł mi z ręki, bo poczułam, że ktoś stoi za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę w średnim wieku w roboczym ubraniu, noszącym ślady gliny. Domyśliłam się, że mam przed sobą samego mistrza Li

Mężczyzna robił wrażenie równie zaskoczonego jak ja. Patrzył na mnie zdziwiony a ja wpatrywałam się w niego w osłupieniu, czując jak czerwienię się po same cebulki włosów.
Weszłam, bowiem do jego królestwa bez pytania, jak złodziej …
- I am sorry! – tłumaczyłam się niezręcznie
- I am very sorry! I came, but I am soimpress of Your art! – pochyliłam głowę z nabożną czcią, krzyżując ręce na piersi.
- You are so great! – brnęłam dalej, Your art is fantastic! – zachwycałam się szczerze.

Mistrz musiał wyczytać z mojej twarzy prawdziwie szczery zachwyt nad jego sztuką, bo uśmiechnął się szeroko. Ulżyło mi! Na migi pokazałam, że bardzo chciałabym zajrzeć do wielkiego pieca. Mistrz otworzył, więc ciężkie drzwi tak, bym mogła zajrzeć do wnętrza i również na migi pokazał mi jak wygląda proces wypalania. Zdziwiłam się bardzo, bo tak potężny piec, o tak wielkiej mocy zasilany był nie elektrycznie a tylko butlami z gazem. Ciekawe, że ta nasza techniczna rozmowa na migi była całkiem udana i wiele mi wyjaśniła.

Po chwili weszły Tracy, Zdravka i Xiu Qin. Dziewczęta zdziwiły się, że widzą mnie tutaj i to w towarzystwie samego mistrza. Kłopotliwa sytuacja była rozładowana. Niestety nasz gospodarz jak już się przekonałam mówił tylko po chińsku, poprosiłam, więc Tracy o tłumaczenie moich zachwytów nad wielką wrażliwością i zdolnościami wyjątkowego artysty oraz podziwem dla znajomości technik ceramicznych, które pozwalają na wykonanie tak fantastycznych dzieł. Artysta kiwał głową i o dziwo wydawał się całkiem zadowolony z naszej niespodziewanej wizyty.

Miło gawędząc wyszliśmy przed dom na podwórze i zaproszone przez mistrza zajęłyśmy miejsca przy drewnianym stole pod rozłożystym trójramiennym jaworem.

Upał zmalał, słońce chyliło się ku zachodowi. Rozproszone dotychczas żółte światło zaczynało skupiać się w okrągłą czerwoną kulę, która zawisła zdawać by się mogło bez ruchu nad bramą wejściową posiadłości Państwa Dawei. Było cicho i niezwykle nastrojowo. W ogrodzie wysokie drzewa kładły długie cienie na spalony słońcem trawnik. Siedziałyśmy w milczeniu zapatrzone w zachodzące słońce. Cieszyłam się tą ciepłą, łagodną ciszą na drugim końcu świata, w dalekich Chinach, w malowniczym i niezwykłym ogrodzie mistrza ceramiki.

Po niedługiej chwili przyszedł pan Liu Dawei niosąc tacę a na niej do złudzenia imitujące naturalny bambus – ceramiczne czarki własnej roboty, imbryk z herbatą i czajnik z wrzątkiem. Rozstawił czarki i sprawnie rozpoczął ceremoniał parzenia herbaty zalewając pachnące liście i prawie natychmiast wylewając na ziemię uzyskany napar. Spojrzałam na niego zdziwiona? Uśmiechnął się:
- Pierwsza woda płucze liście i powoduje, że wydzielają wspaniały zapach, wyjaśnił zalewając wrzątkiem zawartość krągłego imbryczka. Po chwili rozlał napar do naszych bambusowych czarek. Herbata była wyborna. Pachniała jaśminem, zielenią, ogrodem. Smak miała cierpki i mocny, pobudzała zmysły i orzeźwiała. Dawno żadna herbata nie smakowała mi tak bardzo. Piłyśmy ją małymi łykami rozkoszując się oryginalnym smakiem w scenerii tajemniczego ogrodu sztuki pana Liu Dawei.

Patrzyłam z wielką przyjemnością na pogodna twarz naszego gospodarza i wyzłocone ciepłym światłem zachodu twarze koleżanek. Smakowałam z rozkoszą tę magiczną chwilę odpoczynku po meczącym, pospiesznym dniu w wielkim nowoczesnym mieście Tienjin. Chwilę, aromatyczną i cierpką jak złota kropla herbaty. Starałam się zapamiętać ją na zawsze.

Na zimne polskie listopadowe dni, smutne dżdżyste wieczory i mgliste poranki. Na smutek zimowy i jesienną słotę …

Siedziałam w milczeniu… Wmojej głowie słowa same układały się w wersy wiersza.
A płonąca, czerwona kula słońca staczała się wolno, bardzo wolno za zachodnią bramę ogrodu, żarzyła się i gasła jak piękny ceramiczny talerz z pieca chińskiego mistrza Liu Dawei.

W pracowni mistrza Liu Dawei
Za chińskim murem ogrodu
ziemia-niebo w doskonałej równowadze
dłoń artysty ma dar stwarzania świata
ożywia glinę - lepi terakotową baśń
W pracowni mistrza Liu muszle i kraby
martwe gazele czaszki z rogami do nieba

Pod szkliwem płoną karminy i żarzą oranże
płyną zielenie w czerń najczarniejszych nocy
błękitnieją turkusy i kobaltu wody najgłębsze

W ogrodzie mistrza Liu, pod trójnogim jaworem
w bambusowych czarkach pijemy herbatę
wspólnie celebrujemy zatrzymany czas

Na niebie – jak w wielkim piecu dopala się słońce
Słońce – okrągły, terakotowy talerz
z pracowni mistrza Liu

Ewa Zelenay
Myśl Literacka, nr 103, styczeń 2017